Globalny Bunt Elit Rewolucja Pandemiczna 2020

Zapraszam do pobrania bezpłatnej publikacji pt.:

Globalny Bunt Elit
Rewolucja Pandemiczna 2020
Kroniki pandemii

Dostępność ograniczona czasowo.

Poniżej kilka cytatów z opinii czytelników tekstów zawartych w publikacji. Więcej informacji we wstępie do książki.

„Mocne… Bardzo dobre.”

– o „Raporcie z oblężonego Świata- PANDEMIA” znany komentator spraw politycznych i społecznych, prof. Z.

„Bardzo dziękuję za niezwykły tekst. Daje ogromnie do myślenia.”

– o „Raporcie z oblężonego Świata- PANDEMIA” humanista, prof. Y.

„Tekst jest super, ale niech pan uważa”

– prof. Z. po lekturze tekstu „- „Zmiana globalnego systemu operacyjnego”.

„Doskonały tekst, piekielnie precyzyjna analiza (…) Precyzja i jędrność tego wywodu bardzo mi się podobają. To była dobrze spędzona godzinka (lektura tekstu)”

– znany i poczytny dziennikarz, publicysta i pisarz, redaktor XY o tekście „Bunt Elit- globalna rewolucja miliarderów”.

Bunt Elit- antyludzka rewolucja miliarderów

System demokratyczny, podobnie jak wolnorynkowy kapitalizm przestały być potrzebne globalnym elitom nawet jako atrapa, stwarzająca pozory kontroli społecznej nad aparatem władzy, czy jako imitacja biznesowej konkurencji. Rozwój supernowoczesnej techniki i technologii, możliwości produkcji (nadprodukcji) nieograniczonej ilości dóbr i żywności, przez nikogo niekontrolowana emisji pustego pieniądza oraz wdrażanie odnawialnych, „zielonych” źródeł energii doprowadziły do sytuacji, w której „zwykli ludzie”, wielomilionowe masy przestały być potrzebne najbogatszym do codziennego funkcjonowania. Przynajmniej w obecnej liczbie. Stały się nie tylko zbędne, ale są poważnym problemem i jednym z największych dla uprzywilejowanych źródeł zagrożenia. Nadprodukcja ludzi wydaje się być większym problemem niż nadprodukcja dóbr.

Foto: Twitter

Dotychczasowe systemy fasadowej demokracji i liberalnego kapitalizmu nadal dają masom społecznym- demosowi- teoretyczny wpływ na życie miliarderów. W przypływie gniewu i desperacji mogą one podejmować próby zmiecenia współczesnej arystokracji z piedestałów ekonomicznych, odebrać im dotychczasowe statusy i majątki, wywrócić ciągle obowiązujące i przyszłe hierarchie. Dlatego jednym z kluczowych celów najbogatszych jest wyeliminowanie resztek mechanizmów demokratycznych i wolnorynkowych, aby luksusowe, pozbawione trosk życie mogło przebiegać w sposób niezakłócony, w zupełnym oderwaniu od spauperyzowanej klasy średniej i zwykłego plebsu. Teraz i w przyszłości. Nieprzerwanie. Idealnie skrojone narzędzia inżynierii społeczno-medialnej, medyczno-farmakologicznej, technologiczno-naukowej, prawno- finansowej są gotowe do użycia i właśnie implementowane do realiów świata Cywilizacji Zachodu. I mają tę cywilizację zmienić w sposób nieodwracalny. Bezpowrotny.

Elity postanowiły zagarnąć realny świat dla siebie. Jednak finalnie może się okazać, że sami trafią do tej samej cyfrowej klatki ze znienawidzonym, budzącym w nich niesmak demosem. 

Najbogatsi nie są aż tak głupi, naiwni i leniwi, na jakich próbują się kreować

Zwykłemu zjadaczowi chleba, który martwi się o to, jak opłacić czynsz i pozostałe rachunki w danym miesiącu, a najbardziej odległymi polanami są przyszłoroczne wakacje w Chorwacji w ofercie last minute, trudno sobie wyobrazić, że świat, w którym  przychodzi mu funkcjonować może być projektowany z 10-, 20-, 30- czy nawet 50- letnią perspektywą. Miliarderzy mają czas i mają go w nadmiarze.  Dysponują nieograniczonymi zasobami finansowymi, materialnymi, technologicznymi, osobowymi. Ich głównym zmartwieniem jest zabezpieczenie własnych interesów i ewentualna poprawa własnych statusów majątkowych i prawnych. Zapewnienie sobie atrakcyjnej, nieustającej coraz bardziej intensywnej rozrywki w poczuciu absolutnej bezkarności to jedna z głównych trosk najbogatszych.  

Każdemu, komu się wydaje, że światem rządzą bezrefleksyjni głupcy, powinien sięgnąć choć raz do takich dokumentów jak Raport Klubu Rzymskiego (1972 r.), Agenda 21 (1992 r.), Scenariusze przyszłości technologii i rozwoju międzynarodowego (2010 r.), Agenda 2030 (2015 r.), czy opracowania, analizy i materiały z wydarzenia Event201 z października 2019 r. Światowe elity, w przeciwieństwie do mas społecznych oraz rządów wielu państw świata, do pandemii COVID-19 i Rewolucji Pandemicznej 2020 były doskonale przygotowane. Co najmniej od kilkudziesięciu lat.

Świadczyć może o tym również masowa rezygnacja szefów kilkudziesięciu (co najmniej ok. 50) największych amerykańskich spółek ze swoich lukratywnych, świetnie płatnych stanowisk, określana jako Great Exodus of CEO’s 2019, czyli Wielką Emigracją (Ucieczką) Prezesów 2019 r. Na tym poziomie biznesu, finansów, polityki i mediów nie ma przypadków czy zbiegów okoliczności. Na pewno nie w takiej skali. Ktokolwiek podał racjonalny powód tych dymisji?

W przeszłości patrząc daleko w przyszłość

Wielopiętrowość i wielopłaszczyznowość toczących się obecnie procesów wymaga ogromnej skrótowości opisów, w przeciwnym razie jakakolwiek próba charakterystyki Rewolucji Postpandemicznej 2020 stanie się rozmyta, nieczytelna, nieostra. Mimo tego, że każdy przytoczony tu szczegół, każda okoliczność i wątek znajduje potwierdzenie w faktach, w konkretnych wydarzeniach, w obserwowalnych i mierzalnych zjawiskach czy dostępnych dokumentach, ciągle stąpamy po niepewnym gruncie, na granicy świata realnego i fantasmagorycznych projekcji. Być może są to już stałe, oczywiste, deskryptywne cechy nowej rzeczywistości. Nowej Normalności.

Bezpośrednich źródeł obecnej rewolucji należy szukać w połowie lat ’80, kiedy elity amerykańskie i zachodnioeuropejskie wiedziały doskonale, że imperium sowieckie chyli się ku upadkowi. Spotkanie w Rejkiaviku pomiędzy prezydentem Ronaldem Reganem a pierwszym sekretarzem KPZR Michaiłem Gorbaczowem w październiku 1986 r. było jednym z szeregu spotkań, podczas których ustalany był nowy porządek pozimnowojennego świata.

Koniec historii ogłoszony przez Francisa Fukuyamę oznaczał koniec napięć o charakterze globalnym, koniec szans na wojnę- zimną czy kinetyczną, ergo- koniec lukratywnego biznesu. Wszak wojna to najlepszy biznes. Elity amerykańskie nie mogły na to pozwolić. Konieczne było wykreowanie nowego, godnego Stanów Zjednoczonych przeciwnika. Wybór padł na Chiny.

Smok, którego nie da się wytresować

Dla zachodnich elit wybór Chin wydawał się naturalny, oczywisty, wręcz idealny. Wraz z transferem kapitału, technologii i miejsc pracy przedmiotem eksportu miała być demokracja liberalna. Masakra na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. powinna dać do myślenia i ostudzić próby amerykańskich i europejskich polityków uczynienia z Państwa Środka wolnorynkowej maszynki do łatwego zarabiania pieniędzy. Nic podobnego jednak nie miało miejsca. Chęć szybkiego i zdawałoby się bezproblemowego zysku wygrała z politycznymi, perspektywicznymi kalkulacjami. Chińczycy przyzwyczajeni do planowania w perspektywie 20-30 czy 50 lat widzieli, rozumieli i zamierzali wykorzystać „Greków niosących dary” na swój własny sposób. Już w połowie lat ’90 raporty amerykańskich think-tanków, dostępne wówczas również w Polsce zakładały, że w ciągu 30 lat Chiny wyprzedzą Stany Zjednoczone pod względem gospodarczym. Prognozy amerykańskich ekspertów i służb z 1995-96 roku materializują się w roku 2020.

Po zaabsorbowaniu gigantycznych kroplówek kapitałowych, technologicznych, naukowych i militarnych, to Chiny od końca lat ’90 zaczęły przyzwyczajać dojrzałe zachodnie demokracje do dyskretnie aplikowanych, uzależniających zastrzyków finansowych. Ostatecznie po ponad 30 latach od początku tego ekonomiczno-politycznego eksperymentu Państwo Środka zamiast stać się wdzięcznym importerem zachodniej demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu stało się konsekwentnym eksporterem wypracowanego przez dziesięciolecia totalitaryzmu, wspomaganego przez wyrafinowane narzędzia ery cyfrowej.

Kilkaset lat zbierania doświadczeń przez anglosaskich treserów okazało się okresem zbyt krótkim do nabycia kompetencji wystarczających do przechytrzenia liczącego ponad 6 tysięcy lat chińskiego smoka, który w rewanżu podjął dialog z Cywilizacją Zachodu z pozycji metodycznego, wyrachowanego kota bawiącego się ogłupiałą myszką w szczelnie zamkniętym pokoju bez drzwi i okien.

Ogonowi wciąż się wydaje, że macha psem

Amerykańskie i europejskie pozazdrościły chińskim komunistom, którzy z jednej strony wspierają rozwój gospodarczy swojego państwa bez narażania się na międzynarodowe wykluczenie, zaś z drugiej mogły zapewnić sobie nieprzerwany i znajdujący się poza kontrolą społeczną dostęp do władzy. Niewybieralni biurokraci wspierani jedynie słuszną ideologią sprawują niepodzielną władzę i kontrolę nad gospodarką i państwem, czerpiąc profity, gratyfikacje, zapewniając sobie wygodne życie na koszt społeczeństwa, modelując jednocześnie obowiązujące prawa i reguły funkcjonowania według własnego uznania, tak żeby zagwarantować sobie replikację władzy. Gdyby ten opis zamieścić w odniesieniu do Unii Europejskiej pasowałby idealnie.

Nie ma bezpośrednich, twardych dowodów na to, kto zaplanował, przygotował, podjął decyzję o wdrożeniu i przeprowadzeniu projektu pandemia COVID-19- spiskowcy zawsze starają się zacierać ślady i mylić tropy. Faktem jest współpraca amerykańskich i chińskich naukowców nad wirusem z Wuhan, potwierdzone zostało również finansowanie budżetu USA prac chińskich laboratoriów za czasów administracji Baraka Obamy. Faktem są również niejasne przepływy finansowe pomiędzy Chinami i Światową Organizacją Zdrowia, zmiany definicji „pandemii” przez tę organizację, zgodnie z którą świat może ogarnąć pandemia, podczas której ludzie nie umierają masowo- po prostu chorują i umierają. Normalnie.

Przydarzyła się nam pandemia inteligentna, działająca wybiórczo, punktowo, mająca poglądy polityczne, rasowe, ekonomiczne, gospodarcze. Pandemia, mająca swoje priorytety, która atakuje górników, celebrytów, niektórych polityków, a oszczędza pracowników banków, administracji państwowej i samorządowej, zatrudnionych przez elektrownie, telekomy, telewizje, korporacje jak Tesla, Amazon, Lidl czy Biedronka. Pandemia, która masowo szerzy się w państwach zachodnich demokracji, a wygasła już w Chinach czy Korei Południowej, i szerokim łukiem postanowiła ominąć Afrykę, która z „pandemią” radzi sobie podobno o wiele lepiej niż kraje wysokorozwinięte.

Czy COVID-19 to pierwsza inteligentna, selektywna a być może zdalnie aktywowana, celowana choroba, którą można wywołać w konkretnych rejonach, regionach, miastach świata ale i u konkretnych osób? Czy ktoś jeszcze pamięta Janusa? Nikt? Będzie o tym za chwilę.

Jeśli jest to wirus selektywnego rażenia, to w czyjej dyspozycji znajdują się panele kontrolne?

Pod koniec września ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Teheranie opublikował na swoim profilu twitterowym zdjęcie prawdopodobnie z inauguracji roku akademickiego na Uniwersytecie w Wuhan przedstawiające ogromną salę gimnastyczną wypełnioną po brzegi setami studentów. Na początku października ten sam ambasador zaprezentował zdjęcia łabędzi z teherańskiego jeziora- wśród białych i czarnoszyich łabędzi nie zabrakło miejsca i dla łabędzia czarnego. Nic tak naprawdę nie jest takie jak nam się wydaje. Zachodnim elitom nadal wydaje się, że kontrolują przebieg wydarzeń.

 Piaskowa babeczka na placu zabaw

Według danych z Ministerstwa Zdrowia do lipca 2020 r. na COVID-19 bez chorób współistniejących zmarło 296 osób, co stanowi około 17% wszystkich 1716 przypadków śmiertelnych, które oficjalnie zostały zakwalifikowane jako ofiary pandemii. Na podstawie tych danych oraz informacji o zakażonych koronawirusem na dzień 31 lipca 2020 r. tj. 45.688 osób łatwo możemy wyliczyć śmiertelność pandemiczną na poziomie 0,65%, czyli na COVID-19 zmarło niewiele ponad pół procent ze wszystkich zarażonych. W Stanach Zjednoczonych dane o śmiertelności na COVID-19 bez chorób współistniejących są jeszcze niższe i nie przekraczają 10%. Jeśli przyjąć średnią zgonów na takim właśnie poziomie, to okazuje się, że z deklarowanych na początek października 2020 około 1 miliona ofiar światowej pandemii, na koronawirusa zmarło około 100 tys. osób na całym globie. To tyle ile w tym roku umrze w Polsce na raka.

To ok. 10 razy mniej niż przez rok zginie na świecie w wypadkach samochodowych, 10 razy mniej niż umrze na HIV/ AIDS, na gruźlicę, na chorobę nerek, na choroby układu pokarmowego, czy popełni samobójstwa. Każde z powyższych zjawisk jest przyczyną 10 krotnie wyższej liczby zgonów na naszym globie niż COVID-19, jednak cukrzyca to 30 razy więcej zgonów, choroby nowotworowe- 90 razy więcej, a choroby serca i układu krążenia są około 1700 razy częstszymi przyczynami śmiertelnych zejść niż nasz kolczasty wirus.

Nikomu jak dotąd nie udało się z powyższych powodów zatrzymać światowej gospodarki, zdublować budżety państw niekontrolowanymi dodrukami pustego pieniądza, zlikwidować całych obszarów produkcji i usług, redefiniować relacji społecznych i sposobów życia, pracy, edukacji, leczenia, a przy okazji wywrócić dotychczasowy porządek świata. Pojawiły się już opinie ekonomistów, że COVID-19 to przykrywka kolejnej odsłony nierozliczonego kryzysu z 2008 r. Tym razem finansowe elity nie chciały ryzykować, że komukolwiek mogłoby przyjść do głowy pociągnąć ich do karnej odpowiedzialności za to co stało się i stanie z globalną gospodarką. Wizja Bernarda Madoffa prowadzonego w kajdankach spędzała im sen z powiek. Przy ich globalnych piramidach finansowych piramida Madoffa wyglądałaby jak babka z piasku na placu zabaw.

Zadziwiająca jest skuteczność, z jaką „pandemia” COVID-19 służy najbogatszym, jak efektywnym i precyzyjnym narzędziem ekonomiczno-społeczno-politycznym okazała się w praktyce. Te cechy wirusa SARS-Cov-2 nie mogły zostać zaprojektowane nawet w najlepszych laboratoriach Wuhan. One musiały zostać opracowane z wieloletnim wyprzedzeniem w gabinetach światowych elit. Wirusy aż tak inteligentne nie są.

W historii polityki międzynarodowej przypadek niebywały

Od początku 2020 r. rządy państw zachodnich uruchomiły procesy implementacji różnego rodzaju ograniczeń związanych z potencjalnym zagrożeniem epidemiologicznym. Pierwotnie dotyczyły one podróży z kierunków azjatyckich, następnie z epicentrów zakażeń we Włoszech czy Hiszpanii, gdzie choroba miała zbierać śmiertelne żniwo. Wojskowe ciężarówki z Bergamo, które podobno miały wywozić nieprzebrane liczby ofiar „pandemii” oraz lodowisko w Madrycie, na którym miały być przechowywane trumny z ciałami zmarłych na COVID-19 w marcu 2020 r. powinny znaleźć poczesne miejsce w podręcznikach do zarządzania masową percepcją. A już na pewno powinny stać się ikonami popkultury, o ile za kilka czy kilkanaście lat jakakolwiek popkultura we współczesnym rozumieniu będzie nadal istniała.

11 marca 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza pandemię nowego koronawirusa SARS-CoV-2.

Można naiwnie założyć, że podobieństwa wprowadzanych przez poszczególne rządy rozwiązań społeczno-polityczno-gospodarczych od Antypodów, przez państwa Unii Europejskiej po Stany Zjednoczone i Kanadę wynikały z charakteru rozprzestrzeniającej się zarazy. Niepodobieństwem jest uzyskanie rzeczowych wyjaśnień, i jak dotąd takiego nie wskazano, na jakiej podstawie najważniejsi reprezentanci wszystkich powyższych państw i rządów zaledwie po kilku tygodniach od ustanowienia przez WHO wątpliwie uzasadnionej „globalnej pandemii”, rozpoczęli w oficjalnych, publicznych wystąpieniach anonsowanie absolutnie nowej i nieznanej dotąd doktrynom politologicznych Nowej Normalności. Jakim cudem i skąd premier Nowej Zelandii Jacinda Ardern (marzec 2020), premier Australii Scott Morrison (marzec 2020), premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson (kwiecień 2020), premier Hiszpanii Pedro Sanchez (kwiecień 2020), premier Francji Emmanuel Macron (maj 2020), kanclerz Niemiec Angela Merkel (maj 2020), premier Polski Mateusz Morawiecki (marzec 2020), kanclerz Austrii Sebastian Kurz (kwiecień 2020), premier Kanady Justin Trudeau (kwiecień 2020) nagle pozyskali wiedzę, czym ma być „nowa normalność” i dlaczego stara normalność jest już nie do odratowania? Kiedy miały miejsce referenda, wybory, głosowania, debaty, społeczne konsultacje? Gdzie podziały się demokratyczne źródła państwowo-ustrojowych decyzji politycznych? Kto zezwolił przywódcom państw zmieniać światowy ład w trybie przyspieszonym? Rewolucyjnym?

Przekazy podobnego rodzaju mogą formułować niefrasobliwi publicyści odpowiedzialni za zapełnianie gazetowych szpalt, nie zaś światowi liderzy odpowiedzialni za życie miliardów ludzkich istnień.

Dziennikarze ani drgnęli. Nikt nie śmiał dopytać o to, z jakimż to nowym tworem polityczno-gospodarczym wywracającym dotychczasowy porządek świata liberalnej demokracji mamy do czynienia? Z czyjego polecenia jest właśnie globalnie wdrażany? Za czyją zgodą? Na podstawie jakich tajnych czy jawnych międzynarodowych umów, traktatów, porozumień, zaledwie po dwóch miesiącach nietypowej „pandemii” zaczęto reorganizować porządek świata, zamiast zastanawiać się co stało się z poprzednim i jak spróbować go naprawić. Bez analiz, bez publicznej debaty, bez zgody dotychczasowych suwerenów, wolnorynkowy kapitalizm i system demokratyczny postanowiono usunąć na śmietnik historii.

Przypadek? Nie ma takich przypadków, a przynajmniej być ich nie powinno. Historia światowej dyplomacji podobnych nie zna. Wskazanie prawdziwych zleceniodawców tychże politycznych decyzji będzie warunkiem sine qua non odratowania tego co jeszcze pozostało po zjawisku znanym dotąd pod nazwą „zachodnia demokracja”.

Wydawać się to może tezą nieco naiwną, może nawet naciąganą, ale ogłoszenie Nowej Normalności przez premierów rządów i głowy państw zaliczanych do Cywilizacji Zachodniej jest niepodważalnym, najważniejszym, jawnym i wyłączającym wątpliwości dowodem na istnienie międzynarodowego, pandemicznego, antydemokratycznego, ponadnarodowego spisku. Z niewyjaśnionych jak dotąd powodów zdecydowały się wziąć w nim udział rządy większości tych państw. Trudniej będzie to racjonalnie wytłumaczyć niż zamach na World Trade Center z 11 września 2001 roku.   

Narzędzia zastraszania państw i międzynarodowych instytucji

Wyobraźmy sobie przez chwilę jakiego rodzaju nacisków musieli użyć globalni spiskowcy, żeby wymusić na przywódcach dumnych państw i narodów zachowania i wdrożenie rozwiązań prawno-społeczno-gospodarczych tak absurdalnych, że jeszcze rok temu można by je umieścić na półce z teoriami spiskowymi, i to gdzieś głęboko w tylnej ich części. Co mogło sprawić, że politycy gotowi są zachowywać się aż tak bezwstydnie i tak bezmyślnie, narażając obywateli własnych państw na utratę zdrowia, życia, mienia i jakiejkolwiek nadziei na normalne życie? Znane nam już z oficjalnego, medialnego obiegu naciski i szantaże finansowe, moralna i medialna presja wydają się do takiej operacji zbyt słabe, niewystarczające.

Dlatego należy postawić pytanie: jakimi narzędziami nacisku dysponują międzynarodowi terroryści, że gotowi są im ulegać przywódcy najbardziej uprzemysłowionych, rozwiniętych państw świata? Jakimi przerażającymi, śmiercionośnymi, zmieniającymi świadomość czy rzeczywistość wizjami, projekcjami i technologiami zastraszyli zdawałoby się najpotężniejszych tuzów naszego globu? Wątpliwym wydaje się, że na każdego z osobna premiera przygotowany jest „hak” w postaci kompromitujących zdjęć z kochanką lub kochankiem, albo protokół z przeszukania prywatnego mieszkania wraz z analizą komputera, na który wcześniej wgrano dziecięcą pornografię.

Co skłoniło przywódców Cywilizacji Zachodniej do tak szalonych, absurdalnych, wyniszczających, pozbawionych merytorycznych podstaw i elementarnej logiki posunięć, przynoszących szkody ich własnym społeczeństwom i państwom? Do działań, które w konsekwencji muszą przynieść koniec świata, gospodarki, kultury i społecznych relacji, jakie dotąd znaliśmy? Odpowiedź musi być wystarczająco przerażająca, że pod jej ciężarem ugięli się wszyscy. Nie zrezygnowali, nie podali się do dymisji jak dziesiątki prezesów największych amerykańskich korporacji w 2019 r. ale zmuszeni byli przystać na nowe reguły światowej rozgrywki. W imieniu własnym i reprezentowanych narodów- bez zgody tych ostatnich. Może dla nas lepiej, że nie znamy szczegółów? Może dzięki temu uda się przeżyć kilka miesięcy, kilka lat dłużej?  Zobaczymy.

Komu służyć będą politycy gdy wygaszona zostanie demokracja?

Jednym z oczywistych i bezpośrednich skutków pandemii COVID-19 ma być zubożenie klasy średniej, znaczące ograniczenie jej wpływów na życie polityczne, transfer dóbr będących w posiadaniu tejże grupy społecznej, a w konsekwencji pauperyzacja i marginalizacja. Jeśli wiadomo, że to na klasie średniej opiera się demokracja, to naturalnym skutkiem likwidacji obecnej pozycji drobnomieszczaństwa i burżuazji będzie koniec demokracji. Komu zatem będą służyć politycy, kiedy nie będą mogli służyć demosowi? Być może część z nich jest już zakontraktowana do pospandemicznych Rad Komisarzy, Komitetów Państwowych, czy Gubernatorów. Biurokracji są potrzebni każdej administracji, jednak nie w tej skali co obecnie. W nowym świecie automatyzacja i cyfryzacja pójdzie jeszcze dalej, a resztą zajmie się sztuczna inteligencja.

Dla kogo jednak będą pracować analitycy polityczni, doradcy medialni, badacze rynku i preferencji wyborczych, specjaliści od medialnego wizerunku? Wydaje się, że pandemiczna rzeczywistość zweryfikowała negatywnie społeczną przydatność ekspertów. Rzeczywistość postpandemiczna tę sytuację będzie jeszcze umacniać, ugruntowywać.  Przyzwyczajeni do wygód, statusów, standardów i należytych apanaży przedsiębiorczy drobnomieszczanie i żyjący w zgodnej symbiozie z dotychczasowymi systemami władzy inteligenci trafią do życiowego piekła codzienności z pospolitym demosem. Podobnie rzecz się będzie miała z przedstawicielami świata mediów, kultury, rozrywki, skrajnie bezużytecznych w świecie ograniczonych kontaktów i cyfrowych rozrywek. Większość z nich biernie przyglądają się postępującemu pandemicznemu szaleństwu. Wkupienie się w łaski elit może być już niemożliwe- ludzie zbędni najbogatszym tylko zawadzają.

Kryzys pandemiczny i przetaczająca się przez świat Zachodu pandemiczna rewolucja pozwoliła ograniczyć znaczenie i przydatność grup społecznych zdawałoby się niezastąpionych. Coraz częściej mówi się zastosowaniu robotów i sztucznej inteligencji w leczeniu ludzi. Wiarygodność i użyteczność tej grupy społecznej spadła chyba najbardziej podczas ostatnich sześciu miesięcy. Czy w postpandemicznej dyktaturze ktokolwiek będzie jeszcze próbował leczyć demos? Czy wraz z deprawacją cyfrową zostanie eliminowany również ślad węglowy najmniej użytecznych jednostek? Sztuczna inteligencja, nowoczesna farmacja i medyczna robotyka powinna poradzić sobie z większością chorób.

Wprowadzenie systemu nauki zdalnej, ograniczenie bezpośredniego kontaktu kadry nauczycielskiej z uczniami zainicjowało zmianę nawyków edukacyjnych i kolejną degradację statusu pedagogów. Kryzys pandemiczny wykazał, że nauczyciele i wykładowcy nie tylko są zastępowalni, co wcale nie są niezbędni. Etaty kosztują niemało. Podobnie uczelniane i szkolne budynki. Wdrożenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji umożliwi redukcje w zatrudnieniu prawdopodobnie o 70-80%. To będzie koniec etosu nauczycielskiego.

Nie lepsza perspektywa czeka prawników. Komu w Pospandemicznej Cyfrowej Tyranii potrzebny będzie adwokat, gdy wyroki będzie wydawał komputer?

Najbogatsi nigdy nie będą mieli dosyć

Dwa tygodnie po ogłoszeniu przez WHO pandemii koronawirusa najbogatszy człowiek świata Jeff Bezos, którego majątek szacowano wówczas na 130 mld dolarów „poprosił o pieniądze” zwykłych ludzi, organizując zbiórkę na pomoc dla pracowników Amazona. Po pięciu miesiącach pandemii wartość jego majątku przekroczyła 200 miliardów dolarów, natomiast zarządzany przez niego Amazon w czasie pandemii podwoił swoje zyski. Nie słyszeliśmy jak dotąd o tym, ile z tej gigantycznej fortuny przeznaczył Jeff Bezos na pomoc prawdziwie potrzebującym, których życie pandemia zrujnowała.

W pierwszych tygodniach pandemii o pieniądze, tym razem do brytyjskiego rządu, zwrócił się Richard Branson, którego linie lotnicze Virgin Atlantic znalazły się na skraju bankructwa. Dysponującemu prywatnym majątkiem w wysokości ok. 4 miliardów funtów Bransonowi rząd Jej Królewskiej Mości odmówił kredytu w wysokości 500 milionów funtów, pomimo zaoferowania przez biznesmena zabezpieczenia w postaci należącej do niego od 40 lat ponad 30 hektarowej wyspy, położonej w archipelagu Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Miliarder zapewniał, że to nie chęć zaoszczędzenia na podatkach była przyczyną zamieszkania na prywatnej wyspie, ale względy wyjątkowego klimatu i piękna przyrody. Kto chciałby dobrowolnie zrezygnować z ze swojego kawałka raju i bajecznego stylu życia?

Miliarderzy nigdy nie mają dość. Nie mają poczucia wstydu, nie mają litości dla zwykłych ludzi. Chyba, że na jej publicznym demonstrowaniu można nieźle zarobić- wtedy i owszem, czemu by nie.

Najbogatsi hojnie finansują kontrolowane przez nich lewicowe partie polityczne, organizacje zielonych czy postępowe NGO’sy, które propagują wśród demosu konieczność samoograniczania się i rezygnacji. A to z jedzenia mięsa, a to z podróży (szczególnie lotniczych), a to z posiadania własnych aut. Szczytem marzeń przeciętnego Kowalskiego, Smitha czy Jonsona ma być 15 metrowe mieszkanie, bo inaczej nasza matka ziemia nie wytrzyma tego przeludnienia. Ile tysięcy metrów kwadratowych liczą rezydencje i apartamenty Jeffa Bezosa i Richarda Bransona? Ile limuzyn liczą ich floty? Iloma prywatnymi odrzutowcami, jachtami dalekomorskimi, helikopterami dysponują najbogatsi ludzie świata? Oni nie muszą się samoograniczać.

Najbogatsi mogą sobie pozwolić na pięć przeszczepów serca. A ty?

Bezobsługowy świat multimiliarderów

Trzeba nosić w sobie nieprzebrane pokłady dziecięcej naiwności, żeby nadal wierzyć, że finansowany w znacznej mierze z podatków demosu postęp technologiczny, inżynieryjny, medyczny czy cyfrowy ma w jakikolwiek sposób służyć zwykłemu człowiekowi. Robotyzacja, informatyzacja, sztuczna inteligencja, czysta energia ze źródeł odnawialnych mają stworzyć bezobsługowy świat dla miliarderów, w którym dla zwykłych nie będzie miejsca. Nie będą mieli tam nic do roboty. Będą tylko przeszkadzać. I mogą jedynie przeszkadzać możnym tego świata w czerpaniu przyjemności z napawania się nim.

Masy ludzkie z klas niższych stanowią śmiertelne zagrożenie dla wdrożenia bezobsługowego świata przyszłości, dlatego jakikolwiek wpływ demosu na jego kształt polityczny, społeczny, gospodarczy musi zostać czym prędzej ograniczony, zmarginalizowany, spacyfikowany i wyeliminowany. Bez możliwości jakiegokolwiek protestu czy buntu w przyszłości. Bez możliwości powrotu do stanu poprzedniego (obecnego). Pandemia COVID-19 wraz otwierającymi się tu możliwościami niekontrolowanego wprowadzania ograniczeń prawnych na poziomie stanów wyjątkowych czy wojennych jest do tego celu narzędziem idealnym. Pod pretekstem działań dla dobra zwykłego człowieka wpycha się go do klatki restrykcji prawnych i cyfrowych, z których nie będzie miał wyjścia. Nigdy.

Nie dość na tym. Eksterminacja poszczególnych grup, podgrup, klas i zbiorowości zatomizowanego pozbawionego komunikacji społeczeństwa będzie znacznie łatwiejsza.

Poprzednie trzy rewolucje przemysłowe, zarówno ta z wieku XVIII wieku (wiek pary), ta z XX wieku (wiek elektryczności), jak i zapoczątkowana w latach ’70 XX w. (wiek komputerów) prowadzone były pod hasłami „wyzwolenia człowieka”, uwolnienia go od fizycznych, środowiskowych czy intelektualnych ograniczeń. Czwarta rewolucja „przemysłowa” zainicjowana w początkach XXI wieku, zwana już oficjalnie „wiekiem zanikania barier ludzie-maszyny” posłuży do całkowitego, nieodwracalnego zniewolenia człowieka. Dzięki rozwiązaniom technologicznym, big data, sztucznej inteligencji oraz telefonii kolejnych generacji demos znajdzie się pod całkowitą i nieodwracalną kontrolą. Wówczas dysponenci paneli kontrolnych będą mogli zrobić z ludźmi wszystko.

Stworzeniu bezobsługowego, technologicznego, kontrolowanego większości przez sztuczną inteligencję raju na ziemi ma służyć również nieracjonalnie i nachalnie promowana „zielona energia”, która z ochroną środowiska nie ma nic wspólnego.  Światowe wydobycie litu i kobaltu- pierwiastków niezbędnych do produkcji ogniw i baterii elektrycznych zostało wykupione i zabezpieczone prawnie przez takich gigantów jak Tesla, Apple, Samsung czy Huawei. Zdjęcia i filmy z kopalń litu i kobaltu to materiał raczej wstydliwy dla mainstreamowych mediów i ekologicznych aktywistów. Dziennikarze i media nie palą się do prezentowania społeczeństwu procesu produkcji ogniw elektrycznych, paneli słonecznych, cyklu życia tychże produktów. Dlaczego? Bo nie o środowisko naturalne tu chodzi ale o wykreowanie bezobsługowego, komfortowego świata dla wybranych. Ośmielony wieloletnim wzrostem gospodarczym demos zaczął zaludniać rajskie plaże, kurorty i górskie szlaki, co dla prawdziwie uwrażliwionych elit musi stanowić bolesne doświadczenie kontaktu z plebejuszami.

W bezobsługowym świecie przyszłości znikać będą nie tylko pojedynczy ludzie. Z prawno-cyfrowego panoptikonu znikać będą całe zbiorowości. I nie dowie się o tym nikt poza sprawującą nadzór sztuczną inteligencją.

Teorie spiskowe przekuwane w pośpiechu w narzędzia inżynierii społecznej

Podczas prelekcji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 2015 r. pt. „Samobójstwo Oświecenia? Jak neuronauka i nowe technologie pustoszą ludzki świat”, współautor książki o tym samym tytule,  dr Maciej Gurtowski przytacza opis eksperymentu  przytoczonego w październiku 2015 r. przez dziennik Rzeczpospolita (Bóg uśmiercony magnesem, 20.10.2015 r.):

„Jak w jeden wieczór z człowieka wierzącego zrobić ateistę? Albo z aktywisty PiS wyborcę PO? To nie żart (…) Wystarczy magnes, a konkretnie tzw. przezczaszkowa stymulacja magnetyczna drażniąca określoną część mózgu. Efekt był piorunujący, choć tymczasowy. U uczestników eksperymentu osłabła wiara w Boga (i zjawiska nadprzyrodzone) a zwiększyła się otwartość na imigrantów.”

Czyli, że co? Że naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles i brytyjskiego Uniwersytetu Yorku dowiedli pięć lat temu, że na umysł człowieka, na jego poglądy religijne, przekonania polityczne, na sposób myślenia można wpływać za pomocą pola elektromagnetycznego wytwarzanego przez magnes. Teoria spiskowa? Niech ktoś spróbuje nazwać „foliarzem” profesora Andrzeja Zybertowicza obecnego na tymże wykładzie na KUL.

Na stronach internetowych Polskiej Agencji Prasowej, w dziale zdrowie, możemy przeczytać, że (27.12.2017):

„Badania oddziaływania pól elektromagnetycznych emitowanych przez telefony komórkowe czy stacje bazowe na ciało człowieka nie doprowadziły do wskazania wyraźnie szkodliwych oddziaływań fal radiowych – informuje dr hab. inż. Sławomir Hausman z Politechniki Łódzkiej. Zaznacza jednocześnie, że chodzi o oddziaływania przy takich poziomach pól, które są zgodne z obowiązującymi normami prawnymi.”

I dalej:

„Ekspert podkreśla, że badania w tym obszarze prowadzone są już od kilkudziesięciu lat i choć do tej pory nie wykazały szkodliwości tego rodzaju promieniowania, to jednak muszą być prowadzone nadal.

– Z całą pewnością, wszystkie mechanizmy tych oddziaływań nie zostały jeszcze poznane – mówi dr Sławomir Hausman”

Źródeł potwierdzających oczywiste informacje o emitowaniu pola elektromagnetycznego przez telefony komórkowe i stacje bazowe, oraz ich wpływie na zdrowie człowieka możemy znaleźć znacznie więcej. Jeżeli jednak połączymy cztery aspekty: błyskawiczne tempo postępu technologicznego (gdzie 5 lat to „wieki”); możliwości wpływania za pomocą pola elektromagnetycznego na mózg i sposób myślenia człowieka; przytwierdzone do każdego osobnika na ziemi przez 24h na dobę, wysoce zaawansowane, dowolnie modulowane źródło pola elektromagnetycznego w postaci smartfona; oraz brak jakiejkolwiek realnej kontroli rządów nad korporacjami technologicznymi- to możemy zacząć się bać.

Załóżmy na chwilę, co wcale nie jest tak bardzo nierozsądne, że potężne korporacje wiedzą jak korzystać z podobnej technologii, że mogą mieć nieograniczony wpływ na sposób myślenia wszystkich razem i każdego z osobna, że rozbudowany profil każdego użytkownika smarfrona zapisany jest w przepastnych archiwach serwerów Big Data, że wreszcie indoktrynacja prowadzona za pomocą mediów, mód, trendów, terroru poprawności politycznej i mediów działają za wolno, nie przynoszą oczekiwanych rezultatów i nie eliminują śmiertelnego niebezpieczeństwa w postaci potencjalnych kaprysów nieobliczalnego demosu. Tylko idiota nie skorzystałby z takiej możliwości. A jak wiemy, miliarderzy nie są takimi idiotami, na jakich próbują się kreować.

1+1+1+1= koniec historii jaką dotąd znaliśmy.

Być może dzięki temu łatwiej nam będzie zrozumieć, dlaczego rządy pod przykrywką pandemii, bez konsultacji społecznych, bez należytych badań, analiz, weryfikacji, montują urządzenia technologii 5G. Po nocy, jak złodziej.

Pod koniec sierpnia 2020 r. Elton Musk, założyciel i zarządzający firmy Tesla, zapowiedział rozpoczęcie testów na ludziach przez inną swoją firmę Neuralink, nowej technologii pozwalającej wszczepić w ludzki mózg chipa, umożliwiającego bezpośrednie połączenie go z komputerami. Z ludzkiej głowy ma podobno wystawać port USB, za pomocą którego będziemy mogli zostać wpięci w cyfrowy system serwerów.

Implant USB Muska to zmylenie tropu, to gra pozorów, czysta prestidigitatacja, odwracanie uwagi.

Świadomość i pamięć demosu czekającego na domózgowe implanty będzie tymczasem modelowana, korygowana i przekształcana zdalnie, bezprzewodowo. Czardżowany nową wersją jaźni, człowieczeństwa, rzeczywistości i historii mózg nieświadomych niczego homo sapiens jak najnowszy telefon Samsunga kładziony na specjalnej, antypoślizgowej podstawce. Indukcyjnie. Bez kabelka.

W Rewolucji Pandemicznej 2020 chodzi o rzecz podstawową i kluczową: o wolną wolę. Pozbawianie demosu wolnej woli odbywało się dotąd na wiele sposobów i na wielu płaszczyznach: ideologicznej, pseudoreligijnej, w oparciu o strach, przemoc, z wykorzystaniem show businsssu w najróżniejszych postaciach, kredytów hipotecznych, etatów w korporacjach, uzależnień od używek, z zastosowaniem szantaży moralnymi, poprawności politycznej, terroru policyjnego, ekologizmu, seksualizmu, codziennego medialnego terroru, wreszcie modą, trendami, nawykami i naśladownictwem, lansowanymi przez media społecznościowe. Trendem na bezmyślność. To wszystko nie wystarczyło, nie wystarcza. Podobnie jak odbieranie wolnej woli za pomocą terroru prawnego pod pretekstem pandemicznego zagrożenia śmiercią 10-krotnie mniejszego niż z powodu chorób nerek czy wątroby.

Wszystkie powyższe działania ciągle dawały demosowi szansę na bunt, szansę sprzeciwu, cień nadziei na uczciwą rewolucję, kontrrewolucję, na zryw podobny choćby do tego z sierpnia ’80. Demos niespodziewanie mógł się odwinąć fangą w zadarty nos.

W obszarze odbierania wolnej woli pojawiła się okazja i pokusa jeszcze większa, z której grzechem (w niektórych kultach) byłoby nie skorzystać: a co jeśli można by odebrać człowiekowi wolną wolę tak, żeby się o tym nawet nie dowiedział? Żeby nie mógł dokonać autorefleksji, żeby nie miał możliwości odszukania kontekstów, punktów odniesienia, wzorców zachowań. Żadnych. Niemożliwe? Wystarczy przecież skorygować pamięć poszczególnych osobników, tak ja przeprogramować, przeprojektować wspomnienia, żeby ludzka wolna wola nie miała się do czego odnieść poza zgodą, tolerancją, przyzwoleniem, akceptacją. Wszystkiego.

Niemożliwe? Zbyt przerażające? Czyż nie większą trwogę budzi wizja automatycznego, cyfrowego odebrania wolnej woli dowolnie wybranej jednostce, grupie, rasie, klasie społecznej niż niemieckie eksperymenty w obozach koncentracyjnych czy projekty japońskiej jednostki 731? Odbierania prawa decydowania o tym, jak mogę żyć i za co jestem gotów umrzeć bez pozostawienia śladu świadomości, że takie prawo w ogóle kiedykolwiek komukolwiek przysługiwało. Ludzie są zdolni do okrucieństw niewyobrażalnych.

Być może buta i poczucie bezkarności miliarderów i działających w ich imieniu polityków nie liczących się z konsekwencjami swoich obecnych działań przy implementacji nowego systemu operacyjnego świata stąd właśnie wynika. Bo kto ich rozliczy? Który Robezpierre w kontrrewolucyjnym zapale wyda rozkaz posłania ich na szafot albo powywieszania na ulicznych latarniach za to co zrobili światu, jeśli nikt nie będzie pamiętał co tak naprawdę się wydarzyło? Nikt spoza kręgu wtajemniczonych.

To jest właśnie „koniec historii” oparty na „braku wspomnień”, „cyfrowej niepamięci”, jakiego nie przewidział Fukujama. Bez wspomnień nie ma historii. I nie będzie.

Plaga filmów o zombie to nie tylko specyficzna forma rozrywkowej papki- to instrukcja obsługi świata niedalekiej przyszłości.

Czarne łabędzie nad Ameryką

W poincie tekstu Antyludzka rewolucja tym razem może się udać z 19 maja 2020 napisałem:

„Dlatego późnym latem i wczesną jesienią uważnie spoglądajcie na Zachód, nad Europą i USA wypatrujcie stad Czarnych Łabędzi. Na Pandemicznej Rewolucji 2020 zyskają tylko ich hodowcy. Rozumiejąc logikę i mechanizmy obecnych wydarzeń możemy mieć pewność, że ptaki są już dobrze podkarmione i w każdej chwili gotowe do lotu.”

Pomyliłem się. Sześć dni później, 25 maja 2020 roku podczas interwencji policji w Minneapolis zmarł George Floyd, co stało się pretekstem i punktem zapalnym do ogólnokrajowych protestów pod hasłem Black Lives Matter. Wszystko było gotowe: koordynatorzy rozdzielali gotówkę liderom, przeszkoleni, wyposażeni w sprzęt do miejskich potyczek bojówkarze wyszli na ulice, terroryzując mieszkańców Seattle, Filadelfii, Dallas, Chicago, Waszyngtonu, Atlanty czy Nowego Yorku. Z cokołów jeden po drugim zaczęły spadać pomniki „rasistów” i „białych supremistów”, odpowiedzialnych za niewolnictwo i biedę stanowiącej obecnie ok. 16% mniejszości afroamerykańskiej w USA. W ramach reparacji za niewolnictwo, lata nierówności i ucisku rabowano sklepy ekskluzywnych marek w Santa Barbara, Los Angeles czy Nowym Yorku. Dotychczasowa historia Ameryki miała zostać wymazana i zmieniona jako skrajnie rasistowska, oparta na supremacji białych. Główne postulaty protestujących zakładały rezygnację z finansowania policji, rozwiązania jej i zastąpienia ją milicją rekrutującą się z protestujących. Przed ratuszem w Seattle powstała strefa autonomiczna wolna od policji. Przemierzający ulice Okland z Black Lives Mater i Antify skandują Śmierć Ameryce (koniec września 2020). W pierwszych dniach października lider kilkuset ubranych w czarne uniformy, uzbrojonych po zęby Afroamerykanów w Lafayette w Luizjanie nawołuje do utworzenia „separatystycznego państwa czarnoskórych.”

Nowy porządek w Ameryce miał się opierać na podziale, bezprawiu, chaosie i propagandzie. Liberalne media relacjonując wydarzenia na tle płonących ulic zapewniały o pokojowym charakterze protestów czarnoskórych aktywistów BLM wspieranych przez bojówkarzy z Antify. Fotoreporter, który na cztery miesiące przeniknął do struktur protestujących i rabujących sklepy (historia opublikowana przez New York Timesa), stwierdził:

„Zostało to zaplanowane strategicznie, ułatwione i reklamowane w mediach społecznościowych przez anarchistów, którzy wierzyli, że ich działania przyspieszą rozstrzygnięcie sprawy sprawiedliwości rasowej.”

Ameryka musiała zapłonąć. Bez dekompozycji porządku społecznego, bez gospodarczej katastrofy i rozbrojenia tamtejszego społeczeństwa Rewolucja Pandemiczna 2020 nie może się udać. Ameryka, dysponując uzbrojonymi po zęby dziesiątkami milionów obywateli, mająca nadal do dyspozycji najpotężniejszą armię świata i arsenał kilku tysięcy atomowych głowic nawet osłabiona, ciągle będzie groźna.

Najważniejsi liderzy Partii Demokratycznej klękali w hołdzie składanym George’owi Floyd’owi. Okazało się, że nowy świecki święty liberalnych elit, skazany był za napady z bronią, handel narkotykami, grożenie pistoletem ciężarnej kobiecie. Był narkomanem, próbującym wprowadzić do obiegu fałszywe banknoty i zmarł po zażyciu śmiertelnej dawki narkotyku (fenantylu) w trakcie feralnej interwencji policji. Nagrania video z zatrzymania Floyda i jego sekcja zwłok nie pozostawiają wątpliwości.

Święci Nowej Normalności.

Wojna symboli w świecie antywartości

2 czerwca 2020, w momencie narastania antyrządowych i antyprezydenckich protestów w USA, gdy wielu największych miastach wybuchały gwałtowne demonstracje, a przed Waszyngtonie gromadziły się tłumy manifestantów i wściekłych bojówkarzy, prezydent Donald Trump przeszedł spod Białego Domu pod kościół św. Jana i uniósł w górę Pismo Święte. To był jasny przekaz dla Ameryki i dla świata. Wywołał furię i falę wściekłych komentarzy liberalnych mediów, co oznaczało, że spełnił swoją rolę.

Kayleigh McEnany- sekretarz prasowy Białego Domu podczas każdej niemal oficjalnej konferencji w trakcie pandemii i podczas przetaczających się przez Amerykę protestów występowała i występuje z widocznym krzyżykiem na piersiach. Tu nie ma przypadku. Przekaz jest jasny i nie ma wątpliwości jakich wartości będzie broniła obecna administracja.

W wywiadzie dla jednej z największych amerykańskich stacji telewizyjnych NBC NEWS z 12 maja tego roku, żona Billa Gatesa, Melinda wystąpiła z wyraźnie widocznym, wyłożonym na różowy sweterek krzyżykiem z tym, że noszonym odwrotnie. Na tym poziomie komunikacji medialnej nie może być przypadków. Odwrócony krzyż kojarzony jest jednoznacznie z kultami satanistycznymi i pogańskimi.

Żyjemy w świecie, w którym 7 grzechów głównych zamieniono na 7 cnót konsumpcjonistycznych: pycha, chciwość, nieczystość (rozwiązłość), zazdrość, nieumiarkowanie, gniew, lenistwo- to wartości, o które walczy antyopresyjny świat i promuje współczesna popkultura. Fundamenty, na których wyrosła cywilizacja śródziemnomorska, jeden po drugim są unieważniane.

Filozofia grecka? Obelgą dla logiki arystotelesowskiej jest przyzwolenie na posługiwanie się przez mężczyzn żeńskimi imionami i zaimkami, czy uznanie, że może istnieć 58 płci, a jej konstrukt kulturowy może być bardziej istotny od cech biologicznych. Zaprzeczeniem rzymskiego prawa jest usprawiedliwianie chaosu publicznego, czy kradzieży w imię wyrównywania rasowych krzywd i społecznych szans. Wreszcie przyzwolenie na eutanazję ludzi chorych, niepełnosprawnych czy zgoda na aborcję nawet do 9 miesiąca życia (w stanie Nowy York można abortować- usunąć, zabić- dziecko w łonie matki na chwilę przed narodzeniem) są zaprzeczeniem zasad chrześcijańskiego miłosierdzia, którego istota zawarta jest w dwóch przykazaniach miłości. 3 cnoty ewangeliczne: wiara, nadzieja, i miłość, przybrały postać trzech liberalnych przywilejów: zwątpienia, beznadziei, nienawiści.

Tylko w świecie prawnego chaosu, alogicznej ideologizacji i nienawiści do człowieczeństwa ukrytej pod pozorami „prawa wyboru” Rewolucja Pandemiczna 2020 ma szansę na skuteczną, globalną implementację.

Cywilizacja Zachodnia w swoim rozkwicie znalazła odpowiedzi na dwa niezwykle istotne, fundamentalne pytania w kwestii życia i śmierci. W świetle obowiązującego prawodawstwa i moralnych standardów w liberalnym wydaniu niedopuszczalne jest „odbieranie życia winnym”- skazanym za własne czyny- ci mają prawo żyć i są chronieni; natomiast dopuszczalne, często wskazane i a w niektórych państwach chronione prawem jest „odbieranie życia niewinnym”- tym znajdującym się najczęściej u progu i u kresu życia, którzy poza faktem swojego istnienia, z własnej nieprzymuszonej woli nie zrobili niczego wbrew prawom boskim i ludzkim. Tych zabić można, niekiedy nawet trzeba.  

Najpotężniejszy człowiek wolnego świata na cenzurowanym

„Fake News”- tak prezydent Donald Trump określa główne, liberalne media w Ameryce. CNN, CBS, CNBC, ABC określane przez najpotężniejszego człowieka wolnego świata mianem „fałszywych mediów”, „nieprawdziwych wiadomości”, i więcej: „crookred” (szemrane, hochsztaplerskie), „dishonest” (nieuczciwe, oszukańcze) a pracujących dla tych stacji „sick people” (chorymi ludźmi). Tyle może dysponent przycisków największego arsenału atomowego świata, głównodowodzący największą armią świata- może sobie pogadać, ponarzekać, może się wściekać. Media dalej kłamią, manipulują, zniekształcają, fałszują rzeczywistość.

Pod koniec maja Donald Trump swoim zwyczajem za pośrednictwem Twittera zabrał głos w sprawie zamieszek w Mienapolis i jego wpis został ocenzurowany.

Media, czwarta władza, mająca chronić społeczeństwa przed nadużyciami władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, zaczęły przejmować nad pierwszymi trzema kontrolę. Cyfryzacja i rozwój mediów społecznościowych zwielokrotnił siłę ich oddziaływania. Kontrolowane przez międzynarodową finansjerę nie tylko mają wpływ na władze polityczne- bez trudu mogą je zmieniać. W wielu przypadkach stały się znacznie silniejsze niż rządy państw narodowych.

Bez mediów, tych mainstreamowych i tych społecznościowych pandemia COVID-19 a co za tym idzie Rewolucja Pandemiczna 2020 nie miałyby szans powodzenia. Gdyby nie maseczki, kto wychodząc na ulicę zorientowałby się, że mamy globalny, największy od II Wojny Światowej kryzys epidemiologiczny i zdrowotny, że śmiertelne zagrożenie niesie każdy napotkanym człowieku?

W pierwszych dniach marca media społecznościowe obiegły filmiki z włoskich czy iańskich ulic ukazujące „zakażonych ludzi” umierających wprost na miejskich trawnikach czy ławkach. Po chwili podbiegało do nich kilku medyków w kompletnych kombinezonach ochronnych, i w trwodze zabierało konającego delikwenta. Ilu z nas od tamtej pory medialnych „zgonów” i „ciężarówek z Bergamo” napotkało na ulicach konających na koronawirusa przechodniów?

Media, mające chronić społeczeństwa, przejęły nad nimi kontrolę. W służbie elit.  

Polowanie na białego

Głównym zagrożeniem dla Nowej Normalności stał się nie jak dawniej WASP (White Anglo-Saxon Protestant) a WPASHCM- White Privileged Anglo-Saxon Heteroseksual Catholic Male. Według pandemicznych rewolucjonistów „biały, heteroseksualny samiec katolik” to najgorsze co mogło przydarzyć się światu. Dlatego eksterminacja tego podgatunku wyeliminowałaby ostatecznie problem przemocy, której, co oczywiste, największym źródłem są biali, katoliccy supremiści. Wystarczy eksterminować kilkaset milionów uprzywilejowanych białasów a zapanuje okres nieustającej szczęśliwości i pokoju.

Podobne przekazy, czy to w filmowych narracjach Netflika, czy w programach publicystycznych stacji telewizyjnych pojawiają się na poziomie mainstreamowych mediów. Póki co w lekkiej, artystycznej czy krotochwilnej oprawie. Afroamerykanie i Afrobrytyjczycy już się nie kryją. Sophie Duker, anonsowana jako komik, zaproszona do programu publicystycznego BBC zażartowała, że „czarni chcą zabijać białych”, ale oczywiście jeszcze „nie dziś”. Miny zasiadających przy stole „białych”, uprzywilejowanych supremistów wyraźnie przygasły.

Trudno sobie wyobrazić reakcję liberalnych mediów, gdyby biały komik w brytyjskiej narodowej telewizji zadeklarował, że biali chcą zabijać czarny, ale oczywiście jeszcze nie teraz, nie dziś.  

Na fali nasilających się w Ameryce protestów i demonstracji Black Lives Metter i Antify białym kobietom i mężczyznom zaczepianym na ulicach kazano przepraszać za to, że „są biali”. Niektórych zmuszano do klękania i całowania po nogach przedstawicieli uciśnionej afroamerykańskiej mniejszości.

Zmarginalizowanie i wyeliminowanie białych, heteroseksualnych mężczyzn, szczególnie katolików i protestantów to kolejny warunek skutecznego wdrożenia Pandemicznej Rewolucji. I nie chodzi wcale o „rasizm”, „historyczną i społeczną sprawiedliwość” czy „supremację białych”, a o rozmontowanie dotychczasowego porządku społeczno-gospodarczo-politycznego nazwanego demokracją liberalną i wolnorynkowym kapitalizmem, którego głównym komponentem jest klasa średnia. A w tej, biali, heteroseksualni mężczyźni, katolicy, protestanci, chrześcijanie oraz ich rodziny stanową przytłaczającą większość.

Polowanie na „białego człowieka”, reprezentowane przez niego wartości, historię, naukę, religię czy wreszcie mały i średni biznes ma przyspieszyć marginalizację i upadek klasy średniej, wyeliminować potencjalne zagrożenia, źródła oporu. Otworzyć pole dla implementacji nowego systemu- Postpandemicznej Cyfrowej Dyktatury Mniejszości. Lub Tyranii Mniejszości- jak kto woli.

Martwi prezydenci nie wygrywają wyborów

Dr habilitowany nauk prawnych Robert Gwiazdowski w trakcie trwającej kampanii prezydenckiej w twitterowym wpisie z maja 2020 r. stwierdził, że w przypadku gdy „prezydent nie chce sam ‘zrzec się urzędu’, żeby go w ten sposób ‘opróżnić’, to trzeba go zastrzelić przed 6 sierpnia i wtedy będzie można przeprowadzić wybory zgodnie z konstytucją.” Co prawda Polska nie dysponuje aż tak rozległą tradycją zamachów na głowę państwa (w tragicznych okolicznościach śmierć poniosło trzech prezydentów RP) jak ma to miejsce w przypadku Ameryki, to nawet w naszej zaściankowej rzeczywistości zasugerowany przez pana profesora scenariusz nie był wcale nierealny. W Stanach Zjednoczonych przez niemal 200 lat odnotowano „około 100 zamachów na kandydatów na prezydenta, prezydentów i byłych prezydentów” podaje amerykanista prof. Longin Pastusiak. Cztery z tych prób okazały się skuteczne.

W drugiej połowie września służby specjalne przejęły kopertę adresowaną do Donalda Trumpa, w której znajdowała się śmiercionośna rycyna. W pierwszych dniach października u prezydenta Stanów Zjednoczonych i pierwszej damy stwierdzono obecność koronawirusa, w związku z czym zostali hospitalizowani. Donald Trup podobno czuje się już znacznie lepiej. Po trzech dniach ogłosił, że czuje się lepiej niż 20 lat wcześniej i opuszcza szpital, dodając:

„Nie bójcie się Covid’a. Nie pozwólcie zdominować mu waszego życia. Stworzyliśmy wiele świetnych lekarstw i rozwiązań.”

Czyżby Donald J. Trump właśnie zakończył globalną pandemię? W filmie Wag the Dog jest scena, w której jeden z kongresmenów ogłasza „zakończenie wojny” wywołanej przez spiskowców. „Jak to zakończył wojnę? On jej przecież nie produkuje”– stwierdza rozsądnie hollywoodzki producent, odpowiedzialny za projekt medialnego konfliktu albańsko-amerykańskiego.

Czy producenci pandemii COVID-19 pozwolą ją zakończyć prezydentowi USA?

Jeśli Donald Trump z jakichś powodów nie dotrwa do 3 listopada 2020 r. Amerykę i Europę czeka chaos największy od II Wojny Światowej. Cywilizacja Zachodu znajdzie się na ekspresowej równi pochyłej do samozniszczenia. Z niewielką pomocą naszych przyjaciół.

W ogólnokrajowych sondażach lider Republikanów wysforował się przed kandydata Demokratów i ma ogromne szanse na wyborcze zwycięstwo o ile dożyje do wyborów. Martwi prezydenci nie podlegają reelekcji, nie wygrywają.

Liczba ludności na poziomie 500 mln w ciągu 100 lat

„Zmyśliliśmy międzynarodową epidemię grypy. Stworzymy szczepionkę dla całej planety.” „Nie potrzebujemy pandemii, żeby ludzie się szczepili. Wystarczy strach przed pandemią.”

To nie są cytaty z podsłuchów rozmów Billa Gatesa sprzed miesiąca czy dwóch. To wypowiedzi bohaterów brytyjskiego serialu z 2013 r. (sezon 2 odc. 3, 13 min. i odc. 6, 43 min.)

Serial opowiada historię grupy związanej z finansową elitą, która za pomocą modyfikacji genetycznych produkuje szczepionkę z przeznaczeniem do zaaplikowania każdemu mieszkańcowi planety pod pretekstem epidemii rosyjskiej grypy. Drugi składnik tej mieszanki aktywującej się w mózgu każdego zaszczepionego ma się znajdować w większości produktów spożywczych produkowanych przez koncern o globalnym zasięgu.

Niepokojące? Przerażające? Warto pójść dalej.

 „Nazywa się Janus. To niesamowite białko. Najcięższe było ukrycie go. Dwa elementy łączą się dopiero w mózgu. Wtedy wysyła sygnał, który zatrzymuje płodność. Zatrzymuje zdolność do reprodukcji.” (sezon 2 odc. 3, 13 min.)

„To sterylizuje ludzi. 90-95% ludzi, którzy otrzymają szczepionkę przeciwko rosyjskiej grypie będzie bezpłodnych.” (sezon 1 odc. 5, 43 min.)

Czy to sztuka antycypowała rzeczywistość? Ale żeby aż tak precyzyjnie? A może to rzeczywistość naśladuje serial?  Wsłuchując się w dialogi bohaterów odnosimy wrażenie, że dziś, na oczach ogłupiałych społeczeństw wpatrzonych w ekrany komórek, telewizorów i komputerów, za pomocą rządów państw zachodnich realizowany jest scenariusz Rewolucji Pandemicznej przedstawiony w serialu telewizyjnym. Tam też minister zdrowia zapewnia o konieczności szczepień.

W innym miejscu tej opowieści czujemy, że kamienie z Georgii zwane też „amerykańskim Stonehenge” właśnie przemówiły.

„Jest nas już ponad 7 miliardów. Gdy się urodziłem było nieco ponad 2 miliardy. Ceny jedzenia rosną, ropa się kończy. Za 20 lat surowce się skończą. Biorąc pod uwagę zachowanie ludzi myślicie, że będziemy się wszystkim dzielić? To żadne ludobójstwo. Rozwiązaniem jest Janus. Celem Janusa jest sterylizacja wszystkich ludzi. Janus atakuje 95% populacji. Jedna osoba na 20 będzie płodna. Liczba ludności ustabilizuje się na poziomie 500 milionów w ciągu 100 lat.” (sezon 1 odc. 5, 10-12 min.)

Twórca Janusa wybrał jedną grupę, jedną rasę według niego genetycznie najsilniejszą, która miała pozostać odporna na działanie szczepionki. Romowie, Cyganie. Tylko oni w postpandemicznej, filmowej przyszłości mieliby pozostać płodni i zaludniać Ziemię. Ciekawe czy współcześni inżynierowie medyczni dokonali podobnej selekcji. A jeśli tak, to na kogo padło?

Zarzuty, jakie pojawiają się pod adresem Bila Gatesa o przyczynienie się do wywołania bezpłodności u tysięcy dziewczynek z Kenii, Tanzanii, Meksyku, Nikaragui czy Indii, w kontekście jego medialnych wypowiedzi w trakcie pandemii o konieczności zaszczepienia populacji świata, ponad 7 miliardów ludzi, i to najlepiej co najmniej dwukrotnie każą się zastanawiać, dlaczego ten człowiek i jemu podobni nie znajdują się jeszcze w ośrodkach odosobnienia? 

Utopia rozgrywa się właśnie teraz. Codziennie słyszymy te same narracje medialne jak z filmu. Odpowiedzi na najbardziej zasadnicze, podstawowe, kardynalne pytania dotyczące otaczającej nas dziś rzeczywistości i celu, do którego prowadzi nas pandemia COVID-19 słyszymy z ust aktorów, których nazwisk nie będziemy próbowali zapamiętać.

Second Life, Matrix, Virtual Reality, może Downsizing

Dziś fikcja miesza się z rzeczywistością. Serialowe fabuły miksują się z politycznymi i medialnymi narracjami, że trudno dojść, która inspirowała którą. Jednak nadal mamy wybór. Kultura popularna podsuwa nam kilka gotowych rozwiązań. Matrix dla każdego? Proszę bardzo. Może Second Life special edition? Czemu nie? Wirtualna rzeczywistość proponowana przez największych graczy, wliczając założyciela Facebooka. Byle tylko wypchnąć demos z realnego świata, byle ograniczyć wpływ mas na decyzje polityczne, prawne, gospodarcze i społeczne. Byle tylko demos przestał interesować się realnym światem- wówczas będzie można zrobić z nim wszystko.

W pogodni za życiem idealnym jesteśmy gotowi tkwić z nosami w komórkach, włożyć sobie na oczy klapki wirtualnych okulusów, spędzać większość czasu w drugim życiu Facebooka, Instagrama i YouTuba. Może dla świętego spokoju, pozwolić się wpiąć w globalny system Matriksa za pomocą specjalnego portu USB Tesli zaimplementowanego wprost do mózgu.

A może, aby nie utracić własnej tożsamości, podnieść sobie statusy i spełnić marzenia, zdecydujemy się na śmiały program „przekształcania rzeczywistości z wielkiej w małą” i pozwolimy się zdałnsajzować do dwunastu i pół centymetra, by móc wieść beztroskie, satysfakcjonujące życie gdzieś w Leisure Land?

Ciągle jeszcze mamy możliwość wyboru.

SAD

Aktualizacja 07.10.2020 godz. 05.20- dodano: Teorie spiskowe przekuwane w pośpiechu w narzędzia inżynierii społecznej

Zapomniani bohaterowie z Łaskarzewa

W 100. rocznicę Cudu nad Wisłą w ramach obchodów Dni Łaskarzewa 2020 władze naszego miasta uroczyście wyróżniły „rodziny żołnierzy, którzy walczyli o niepodległość Polski oraz w Bitwie Warszawskiej”- jak możemy przeczytać na stronach internetowych urzędu. Ze wszech miar trzeba pochwalać i popierać inicjatywy historyczne i patriotyczne podejmowane przez obecnych włodarzy. Pamięć o zasłużonych mieszkańcach Łaskarzewa powinna być należycie czczona i upamiętniana. Z tych też powodów pozwalam sobie opublikować poniższy tekst o dwóch zapomnianych bohaterach z naszego miasta, którzy dla mnie byli i są niezwykle ważni. Obaj odegrali wyjątkową rolę w moim życiu. Opowieści mojego dziadka i babci- niezwykle żywe w mojej rodzinie historie wojenne- a zwłaszcza historia mojego wujka, Jana Łuby, towarzyszyły mi od dziecka. Jego pamięci poświęcam to wspomnienie.

Marianna Łuba i Janek Łuba, ok. 1923 rok.

Niestety lokalnym historykom, oficjalnie odpowiedzialnym za przygotowanie i „udostępnienie materiałów o żołnierzach oraz ich prezentację” w ramach upamiętnienia „uczestników walk o niepodległość Polski” nie udało się dotrzeć do części materiałów i biografii, których fragmenty zamieszczam poniżej. Może to dziwić tym bardziej, że moja rodzina z Łaskarzewem związana jest od kilkuset lat. Moja babcia ze strony mamy, Marianna Łuba (z domu Sereja) urodziła się w 1893 r. Pamiętam jak zamęczała mnie opowieściami o tym, że „w swoim życiu przeżyła cztery wojny”, a ja, jako 10-letni dzieciak (zmarła gdy miałem 11 lat) próbowałem jej wytłumaczyć, że przecież wojny były tylko dwie: I i II wojna światowa. Babcia „za przeżyte” wojny uznawała zapewne dodatkowo i Rewolucję w Królestwie Polskim (1905-1907), i wojnę polsko-bolszewicką 1919-1921. Jako dziecku trudno było mi zrozumieć te i wiele innych historii, opowiadanych przez rodziców mojej mamy.

Feliks Łuba, lata ’70.

Tak też było z barwnymi opowieściami mojego dziadka, Feliksa Łuby (rocznik 1902), który często brał małe wnuczki na kolana i wspominał swoje ułańskie dokonania, jak to „na drobnym, sprytnym koniku gonił Ruskich aż pod Pińsk”, i jak niezliczoną ilość razy ten jego „sprytny konik wyprowadzał go z poważnych tarapatów”. Wielu towarzyszy broni dziadka utonęło wraz ze swoimi „ciężkimi i dostojnymi rumakami” w „pińskich błotach” (prawdopodobnie w bagnach pod Pińskiem). Pytałem go wtedy: „dziadek, jak to? Przecież ty maiłeś wtedy tylko 18 lat?”

Tak, to były zdecydowanie inne czasy. W trakcie kampanii wrześniowej 1939 r. dziadek miał już lat 37, zostawił w domu żonę, szóstkę w małych dzieci (17-letni Janek był najstarszy, mojej mamy Teresy Janiny, najmłodszej w rodzinie, nie było jeszcze na świecie) i „poszedł na front”.

Jego wojennym historiom, zarówno z wojny polsko-bolszewickiej 1919-1921, jak i z września 1939 r. poświęcę odrębny tekst, jak tylko uporządkuję posiadane dokumenty i uzupełnię brakujące elementy tej niecodziennej układanki.

Jan Łuba, portret z fotografii

Jednak najbardziej żywą i przejmującą historią w mojej rodzinie, zwłaszcza za życia moich dziadków, były opowieści o moim wujku, Janie Łuba, rocznik 1922. Jan, był najstarszym synem moich dziadków. W kampanii wrześniowej, jako 17-latek, nie brał udziału. Został w domu w zastępstwie głowy rodziny, dziadka Felka, który „poszedł bronić ojczyzny”.

W 1944 r. Jan Łuba trafił do 13 Pułku Piechoty, wchodzącego w skład 5 Saskiej Dywizji Piechoty 2 Armii Wojska Polskiego. Przeszedł szlak bojowy od Warszawy, w której wyzwoleniu brał udział, przez Łódź, Konin, Poznań, aż po Gorzów Wielkopolski.

Źródło: Wikipedia

Za walki o wyzwolenie Warszawy został odznaczony Medalem za Warszawę.

W marcu 1945 r. wojska 5 Saskiej Dywizji Piechoty ruszyły w kierunku Wrocławia. W połowie kwietnia rozpoczęła się Operacja Łużycka, zakończona przeprawą przez Nysę Łużycką 16 kwietnia 1945 r., która kapral Jan Łuba sforsował wraz z 13 Pułkiem Piechoty. W swoich listach z frontu wujek Janek często wspominał o swojej najmłodszej siostrze, ukochanej Janeczce, za którą bardzo tęsknił, i którą jak najszybciej chciał zobaczyć. Nie zdążył.

Kapral Jan Łuba poległ dwa dni później, 19 kwietnia 1945 r. w natarciu na miejscowość Rietschen, powiat Rothenburg, kilkanaście dni przed zakończeniem II wojny światowej. Miał 23 lata.

W Wikipedii na temat działań 13 Pułku Piechoty po przekroczeniu Nysy Łużyckiej możemy znaleźć następujący fragment:

19 i 20 kwietnia dywizja miała opanować Rietschen, a następnie wyjść na rubież Konigswartha, Krinitz nad rzeką Schwarzer Schöps. Dywizja nadal walczyła na dwóch oddzielnych kierunkach. 17 pułk piechoty współdziałając z 3/16 BPanc sforsował Szprewę i opanował przyczółek na zachodnim brzegu pod Halbendorf. W tym samym czasie 13 pułk piechoty z 2/16 BPanc, wsparty pięcioma bateriami 22 pal nacierał w kierunku Rietschen. Rano, 20 kwietnia, dowództwo i sztab 5 dywizji znajdowało się w Sandschanke, około 18–20 km od głównych sił nacierających na Drezno.”

Jan Łuba został pochowany na Cmentarzu Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego w Zgorzelcu. Został odznaczony Medalem za Warszawę, Medalem za Odrę, Nysę, Bałtyk, oraz Odznaką Grunwaldzką.

W rodzinie przez lata żywe były opowieści o tym, jak dziadek Feliks Łuba, dowiedziawszy się o śmierci swojego syna na froncie, w trakcie trwającej nadal zawieruchy wojennej „ruszył pieszo do Niemiec” (nie było wówczas kursujących pociągów, autobusów, podróż odbywała się głównie przygodnymi środkami transportu, furmankami, wojskowymi samochodami, „okazjami”, ale głównie pieszo), gdzie odnalazł i rozpoznał ciało syna.

Marianna i Feliks Łuba przy grobie syna Jana Łuby, Zgorzelec, lata ’70.

Na początku lat ’70 uczniowie klasy IB znajdującego się obok cmentarza Zespołu Szkół Zawodowych im. II Armii Wojska Polskiego w Zgorzelcu postanowili wybrać kaprala Jana Łubę jako swojego bohatera. Poniżej list uczniów tej klasy, jaki skierowali do moich dziadków w 1971 r. oraz koperta z dalszej korespondencji z 1972 r.

Na cmentarzu parafialnym w Łaskarzewie od 40 lat znajduje się mogiła symboliczna kaprala Jana Łuby.

Grób rodzinny Łubów, Cmentarz Parafialny w Łaskarzewie

Dla mnie wujek Janek, jak i dziadek Felek zawsze byli i są bohaterami- wujek był bohaterem wojennym, który oddał życie za Polskę; dziadek, pomimo swoich ułańskich i wojskowych doświadczeń, był i jest dla mnie bohaterem dnia codziennego, który poświęcił swoje życie żonie i rodzinie. I tak już zostanie, bez względu na okoliczności.  

Cześć i chwała bohaterom!

Sławomir Danilczuk

Pamięci kaprala Jana Łuby, bohatera, żołnierza 13 Pułku Piechoty wchodzącego w skład 5 Saskiej Dywizji Piechoty 2 Armii Wojska Polskiego, poległego w walce o wyzwolenie ojczyzny 19 kwietnia 1945 r.

Zwolennicy państwa z kartonu i dykty

Była ustawa- nie ma ustawy. Dzisiejsza wypowiedź szefa klubu parlamentarnego PiS Ryszarda Terleckiego zakończyła krótką przygodę z ustawą, mającą na celu poniesienie wynagrodzenia najważniejszych osób w państwie, posłów senatorów oraz samorządowców. Mająca większość sejmową, poparcie prezydenta i poparcie dla tego projektu przez większość opozycji reprezentacja parlamentarna polskiego społeczeństwa ugięła się pod presją medialnej nagonki i tweeta z Brukseli byłego premiera RP. Przekaz jest jednoznaczny: znaczna część polskich polityków nadal ma pozostać finansowo zależna obcych ośrodków biznesowo-politycznych, Polska musi pozostać państwem z dykty, z jak najmniej skuteczną administracją, a selekcja negatywna nadal ma być kluczową przepustką na polityczne salony RP.

Poza klangorem, jaki podniósł się ze strony dziennikarzy i publicystów słono opłacanych przez zagraniczne koncerny medialne, jak i ze strony niezależnych liderów opinii jeszcze lepiej opłacanych przez finansowane z zagranicy NGOsy i lobbystów, nie odbyła się jakakolwiek publiczna, merytoryczna debata na temat zasadności podniesienia wynagrodzeń polskim politykom, porównania wysokości wynagrodzeń z wynagrodzeniami urzędników i polityków innych krajach europejskich, czy wpływu zarobków polityków na jakość klasy politycznej w naszym kraju. Na ten temat cisza. Za to w mediach społecznościowych pełno głosów oburzenia, krytyki, szyderstwa i kpin.

Foto: SVG z prawem do wykorzystania

Polski polityk ma być skromny, niebogaty, niedofinansowany, niepewny swojego materialnego statusu, swojej pozycji i przyszłości. Wówczas jest znacznie bardziej podatny na wpływy, naciski, sugestie i finansowe zachęty w zamian za wielomilionowe przysługi zainteresowanych tym koncernów czy służb obcych państw. Polska administracja ma pozostać niemrawa i niewydolna, a budżet ma tracić kolejne setki miliardów złotych. Taki obrót spraw leży w interesie naszych wschodnich i zachodnich sąsiadów, nastawionych na zysk międzynarodowych graczy, ale i grup przestępczych, żerujących na słabościach organizmu państwowego. Dlatego presja na zaniechanie jakichkolwiek zmian mających na celu poprawę działania administracji państwowej czy wprowadzenia selekcji pozytywnej przy doborze urzędników jest tak wielka. I nie będzie mniejsza- pieniądze, te prawdziwe pieniądze jakie wchodzą w grę są zbyt duże.

Jeśli politykom nie będzie godziwie płaciło państwo polskie, a więc my, to znajdzie się cały szereg podmiotów, instytucji, służb i państw, gotowych w różnej formie rekompensować niskie uposażenie decydentów, odpowiadających często za setki milionów czy miliardy złotych pochodzących z naszych podatków. Ile miliardów euro można zarobić na przekrętach vatowskich czy handlu lewym paliwem mogliśmy odkryć w ostatnich latach. A to tylko dwie z kilku naprawdę dochodowych branż.

Rozumieją to doskonale wszyscy średnio rozgarnięci komentatorzy życia publicznego, politycy, dziennikarze, publicyści. Jednak podczas ostatnich kilku dni nie słyszeliśmy poważnych głosów inicjujących debatę na temat odpowiednich, godnych, bezpiecznych z punku widzenia gospodarności i bezpieczeństwa państwa zarobków polskich polityków. Nie było głosów próbujących pokazać prostą zależność pomiędzy wysokością wynagrodzenia, związaną z tym negatywną selekcją kandydatów a bylejakością klasy politycznej w Polsce. Oczywistym jest przecież, że „za 6 tys. zł to pracuje złodziej albo idiota.” I poza niewielką częścią osób ideowych, idących do polityki żeby zmienić kraj, szeregi rodzimej „klasy politycznej” zasila taki właśnie asortyment postaci, składający się albo z jednych, albo z drugich albo z mieszanki jednych i drugich. I ci ostatni dają się zazwyczaj złapać na gorącym uczynku.

Porozmawiajmy o konkretach. Premier niespełna 5 milionowej Nowej Zelandii ogłosiła ostatnio, że w ramach solidarności z własnymi obywatelami postanowiła obniżyć swoje wynagrodzenie o 20%. Komentatorzy w naszym kraju rzucili się na tę informację jak na tłustą kość i zaraz wymachiwać nią przed oczyma chciwych parlamentarzystów. Nikomu nie chciało się zwrócić uwagi na to, że Nowa Zelandia jest teraz w okresie kampanii wyborczej, a premier tego kraju w przeliczeniu na złotówki zarabiała dotąd ponad 1.1 mln zł rocznie- po obniżce będzie zarabiać nieco ponad 1 milion zł. Dla porównania wynagrodzenie zasadnicze premiera 38 milionowej Polski wraz z dodatkiem funkcyjnym wynosi obecnie ok. 176 tys. zł rocznie. Goła pensja to zaledwie ok. 130.000 zł na rok.

Jeśli wziąć pod uwagę średnie wynagrodzenie mieszkańca Nowej Zelandii wynoszące około 55 tys. dolarów nowozelandzkich (ok. 130 tys. zł), to zgodnie z roboczym przelicznikiem zarobków pani premier tego kraju po 20% obniżce (ok. 7,5 razy średniego wynagrodzenia), premier Morawiecki powinien zarabiać około 475.000 zł rocznie. Po 20% obniżce, oczywiście.

Porównanie wynagrodzeń z przywódcami i parlamentarzystami innych państw, zwłaszcza europejskich, dla polskich przywódców i polityków wygląda nie mniej żałośnie.

Poziom dyskusji, jaka miała okazję zaistnieć w sferze medialnej po przegłosowaniu w piątek projektu ustawy o podniesieniu zarobków polskich posłów, senatorów, samorządowców, ale też premiera, prezydenta RP i Pierwszej Damy zakrawa na kpinę i drwinę z polskiego państwa. Komentarze, uwagi, głosy i oceny liderów opinii i części polityków dotyczące podniesienia poziomu wynagrodzeń z „upokarzających” na „nędzne”, które miałyby otrzymywać najważniejsze osoby w państwie to nawet nie był poziom kabaretu- żaden kabaret by z tego nie wyżył. To poziom głupoty, cwaniactwa i kpiny.

Jak dziennikarz zagranicznych mediów w Polsce zapraszający do studia przedstawiciela polskich władz ma szanować polskiego polityka czy urzędnika, kiedy zarabia trzy-cztery razy więcej od prezydenta i prezydenta RP, pięć razy więcej od posła i senatora, czy sześć- siedem razy więcej od wiceministra rządu polskiego?

Jak na naciski lobbystów czy propozycje korupcyjne odporny jest polski parlamentarzysta, który zarabia mniej niż zdolny, obrotny handlowiec w prężnej korporacji? Wiceminister decydujący często o setkach milionów złotych zarabia mniej od barmana w przeciętnym warszawskim klubie.

Zaraz odezwą się głosy sugerujące narracje o tym, co pomyśli o podwyżkach zarobków urzędników przeciętny Nowak i Kowalski wiążący koniec z końcem za 2 lub 3 tysiące złotych gdzieś na prowincji. Być może Kowalski i Nowak będzie miał powód, żeby zachęcić swoje dzieci do brania odpowiedzialności za Polskę, do angażowania się w sprawy publiczne, bo dojdzie do wniosku, że to jest nie tylko piękna idea! Za ciężką i uczciwą pracę dla kraju będzie można godnie zarobić i godnie z tego żyć. Być może Kowalki i Nowak zaczną wreszcie wymagać więcej od lokalnych działaczy i polityków na świeczniku, którzy będą zarabiać dobre pieniądze. Inaczej „wszyscy WON” bo już czeka kolejka chętnych, zdolnych, pracowitych i uczciwych, którzy nie musieli wyjeżdżać za granicę, którym opłacało się zostać w Polsce.

Stąd właśnie, między innymi, bierze się szacunek dla państwa. Bez selekcji pozytywnej, bez zdolnych kadr, bez ludzi, którym będzie się chciało uczciwie pracować dla Polski i będą widzieli w tym nie tylko ideę ale również przyszłość swoją i swoich najbliższych, Polska pozostanie państwem z kartonu i dykty. Niektórzy poczytują ten stan rzeczy za wielką zaletę i widzą w nim ogromne korzyści.

Donald Tusk w swoim twitterowym wpisie stwierdził, że opozycja która podwyższa wynagrodzenie (w czasie kryzysu) nie ma racji bytu. To prawda. Z punktu widzenia brukselskiego polityka opozycja w Polsce, która nie osłabia własnego państwa, nie szkodzi swojemu krajowi nie ma racji bytu. Podobnie rzecz ma się z zagranicznymi mediami i tutejszymi medialnymi autorytetami.

Innej pointy nie potrzeba.

SAD

Przestańcie nazywać chorągiewkę LGBT „tęczową flagą”!

Tak, wiem, mój poprzedni felieton nosi tytuł „Tęczowy ciamajdan…”, jednak to często popełniany błąd nie tylko stylistyczny, ale merytoryczny, aksjologiczny, wręcz światopoglądowy. Kolorowej chorągiewki używanej przez lewicowe środowiska nie można nazywać „tęczową flagą”, nie tylko dlatego, że „flaga” jest zazwyczaj symbolem państwa lub organizacji, a LGBT to przecież „ludzie- nie ideologia”. Sześciobarwna chorągiewka nie ma nic wspólnego z „tęczą Noego” i jeśli jest symbolem „przymierza”, to potwierdza przymierze z kimś zupełnie Panu Bogu przeciwnym.

Zanim rzucą się na mnie ideologiczni awanturnicy spod znaku liberalnej lewicy, obrońcy praw obywatelskich, publicystyczni cmokierzy lansujący tezy o „odczłowieczaniu” lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów, dobrze byłoby aby zapoznali się z kilkoma faktami.

Foto: Pixabay z prawem do wykorzystania

Zaprojektowana przez amerykańskiego homoseksualistę Gilberta Bakera „flaga” składała się pierwotnie z ośmiu kolorów, którym przypisane zostały znaczenia, odnoszące się do symboliki systemu czakr, wywodzącego się z indyjskiej filozofii jogi. Zaproponowany przez Bakera gradacyjny opis poszczególnych kolorów odnosi się, w pewnym uproszczeniu, do odrębnej sfery życia i aktywności człowieka. I tak, umiejscowiony na górze ośmiobarwnej „flagi” kolor różowy oznaczać miał seksualność, dalej kierując się ku dołowi: czerwony-życie, pomarańczowy- ukojenie, żółty- światło słońca, zielony- naturę, turkusowy- sztukę, indygo- spokój i harmonię, a umieszczony na samym dole kolor fioletowy miał symbolizować „duchowość”.

W międzyczasie z powodu trudnodostępnego w latach ’70 materiału w kolorze różowym i konieczności zredukowania pasków do liczby parzystej, paleta kolorystyczna chorągiewki LGBT skurczyła się do sześciu barw. Jak widać dla ideologów ruchów lewicowych liczba kolorów i odnoszące się do nich „ideały” były względne ważne i nie miały zbyt istotnego znaczenia- z dwóch z nich zrezygnowano z powodu trudności produkcyjnych oraz praktycznego wymiaru sześciobarwnego emblematu (sześciobarwną płachtę można było w prosty sposób rozedrzeć na dwie równe części).

To co ważne w transparencie ruchów LGBT to jego górny i dolny kolor, których symbolika pozostała właściwie niezmieniona- kolor czerwony, pozostawiony na samej górze oznacza seksualność i życie, natomiast kolor fioletowy będący na dole „flagi”- duchowość, kojarzoną z oświeceniem i dążeniem do doskonałości.

W tym przypadku nie tyle liczba barw jest istotna, chociaż ma swoje znaczenie, co przypisana do nich symbolika. Jeżeli do poszczególnych 7 kolorów „tęczy Noego” odnosiło się „Siedem przykazań (praw) potomków Noego” (systemu zakazów i nakazów), to symbolika LGBT dotyczy sfer życia i rozwoju osobowości człowieka (specyficznie pojmowanych), jak ma to miejsce w przypadku systemu czakr w filozofii jogi. Do każdej z czakr przypisane są konkretne kolory, znaczenia, umiejscowienie ich w organizmie człowieka oraz na skali rozwoju jednostki. I tak: kolor czerwony (znajdujący się na dole) oznacza potrzeby podstawowe, instynkty przetrwania, a także siły witalne; kolor pomarańczowy- seksualność i emocje; kolor żółty- funkcje mentalne, kontrolę, ambicję, karierę; kolor zielony- poświęcenie, współczucie, miłość; kolor niebieski- mowę i samorealizację; kolor turkusowy- intuicję, analizę, percepcję pozazmysłową; i wreszcie kolor fioletowy (znajdujący się na szczycie)- mądrość, pokorę, prawdy wyższe i oświecenie.

Nie musimy wierzyć w prawdziwość doktryn starożytnego hinduizmu, przyjętych również przez inne systemy religijne i światopoglądowe. Nie musimy identyfikować się takim sposobem rozumienia i interpretacji natury człowieka. Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawę, że doktryna jogi zakłada, w dużym skrócie, osiągnięcie pewnego rodzaju doskonałości i umożliwienie rozpoznania natury rzeczywistości poprzez systematyczne ćwiczenia, treningi, doskonalenie ciała, ascezę, przestrzeganie zasad i duchową dyscyplinę. To codzienne praktyki i cielesne wyrzeczenia mają prowadzić do rozwoju siódmej czakry, czakry korony (kolor fioletowy), będącej nie tylko siedzibą najwyższej doskonałości w człowieku ale ośrodkiem boskiej, uniwersalnej miłości, miejscem umożliwiającym osiągniecie oświecenia.

Asceza, wyzbycie się potrzeb cielesnych i pokus zmysłowych jest warunkiem dążenia do duchowego oczyszczenia, osiągnięcia jasności umysłu, lepszego zrozumienia świata oraz transcendentnego oświecenia również w innych znanych systemach religijnych, jak chrześcijaństwo czy buddyzm.

Kolor fioletowy znajduje się na samym dole wielobarwnej chorągiewki, w terminologii twórcy LGBT Bilberta Browna symbolizuje duchowość, natomiast w doktrynie hinduskiej jogi mądrość, pokorę, prawdę i oświecenie. Kolor czerwony, symbolizujący seksualność i pierwotne instynkty znajduje się na samej górze piramidy wartości i ważności ideologii mniejszości seksualnych w przeciwieństwie do doktryn dalekiego wschodu.

Konsekwencje płynące z przyjęcia symboliki odwróconego porządku wartości w życiu jednostki i społeczeństwa są tematem szerszym, na znacznie dłuższe rozważania. Emblemat, którym z takim zapałem posługują się przedstawiciele, liderzy, bojówkarze reprezentujący środowiska i ideologię LGBT oraz wspierający ich politycy i działacze społeczni to nic innego jak symbol odwróconej hierarchii wartości człowieka i odwróconego porządku świata. Jest to oznaczenie tym bardziej niebezpieczne, że jego propagatorzy próbują wykorzystywać nawiązania do prawdziwej tęczy, kojarzonej z niewinnością, radością i naturą.

Wielobarwna chorągiewka LGBT to symbol antyludzki i antyboski zgodnie ze znanym i obowiązującym od tysięcy lat kodem kulturowym, a więc symbol odnoszący się do zła, którego emanacją jest szatan. Zgodnie z tą logiką, posługiwanie się sześciokolorową chorągiewką nie oznacza wcale tolerancji, akceptacji czy różnorodności, chociaż tak właśnie może się wydawać młodym ludziom paradującym „tęczowymi flagami” po ulicach. Równie dobrze mogliby paradować z banerami i sztandarami ozdobionymi emblematami odwróconych krzyży czy trzech szóstek.

Jeśli sześciobarwna chorągiewka i sześciobarwne emblematy symbolizują „przymierze” (na wzór starotestamentowego przymierza Noego), to nie jest to przymierze z Panem Bogiem, uosabiającym ład społeczny, harmonię, porządek, samoograniczenia i dobro człowieka wyrażone w siedmiu prawach Noego (zakazy bałwochwalstwa, bluźnierstwa, przelewania krwi, niemoralnych stosunków seksualnych, kradzieży, spożywania mięsa z żyjącego zwierzęcia oraz nakaz ustanowienia sprawiedliwych sądów). To przymierze z siłami reprezentującymi odwrócony porządek świata i odwróconą hierarchię wartości, jaką powinien wyznawać człowiek. To symbol przymierza z siłami będącymi przeciwieństwem sił Boskich, a więc z siłami szatańskimi.

Brzmi zbyt zaściankowo? Zabobonnie? Nienowocześnie? Nic na to nie poradzę, skoro tak właśnie jest. Konsekwencje wdrażania ideologii, rozwiązań, zachowań i systemów wartości reprezentowanych przez sześciobarwną chorągiewkę LGBT będzie miało swój konkretny, namacalny, tragiczny rezultat, zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym.

Zarówno tęcza Noego, symbolizująca przymierze z Panem Bogiem na podstawie przypisanej do niej praw, jak i „symbolika czakr” hinduistycznej jogi (jakkolwiek nie musimy być jej wyznawcą) odnoszą się do hierarchii, porządku, prawa i doskonalenia człowieka poprzez samodyscyplinę, ład (wewnętrzny i społeczny) i system wartości prowadzące do moralnego życia, duchowego oświecenia, uwznioślenia człowieka. Odwrócona hierarcha wartości to odwrotność hierarchii, uwznioślenia i duchowego rozwoju, a więc chaos, rozpasanie, upodlenie i duchowa degradacja, która w filozofii hinduistycznej jogi uosabiana jest przez przyjmowanie w kolejnych wcieleniach coraz to bardziej nikczemnych i prymitywnych form życia. Tako rzecze licząca tysiące lat doktryna reinkarnacji.

Mówiąc wprost: sześciobarwna symbolika odwróconej hierarchii wartości i odwróconego porządku świata to symbolika satanistyczna. Być może dlatego z takim zapamiętaniem wielokolorowe chorągiewki umieszczane są przez młodych aktywistów i aktywistki LGBT właśnie na obiektach religijnych, figurach Pana Jezusa, Św. Jana Pawła II, doklejane do świętych wizerunków Matki Boskiej. Inspiratorzy tychże akcji muszą zdawać sobie sprawę z prawdziwie profanacyjnego wydźwięku działań młodych agitatorów. Dziwić musiał upór godny lepszej sprawy, z jakim włodarze Warszawy strzegli artystycznej instalacji „sześciobarwnej tęczy” przed kościołem na Placu Zbawiciela. Oburzenie większości polskiego społeczeństwa na tego typu działania, którego źródła nie są być może do końca uświadomione, jest tak wielkie dlatego, że jest to profanacja porównywalna z umieszczaniem w miejsca świętych odwróconego krzyża czy trzech szóstek.

Powinni o tym  pamiętać wszyscy politycy, działacze społeczni, publicyści, a zwłaszcza rodzice, którzy pozwalają, żeby ich pociechy nosiły „niewinny tęczowy emblemat”, bo „to przecież nic złego”, nic zdrożnego. Obnoszenie się z sześciobarwną symboliką, używaną przez środowiska LGBT jest równoznaczne, przyjmując podstawowe kryteria logiki i wnioskowania oraz obowiązujące od tysięcy lat kody kulturowe i religijną aksjologię, z obnoszeniem się z symbolem odwróconego krzyża albo trzech szóstek.

Powinna zdawać sobie z tego sprawę posłanka Joanna Scheuring-Wielgus, która publicznie zgłosiła obietnicę zawieszenia sześciobarwnej chorągiewki LGBT „na czubku Sejmu obok flagi biało-czerwonej”. To tak, jakby obiecać wciągniecie na masz budynku przy ul. Wielskiej flagi z odwróconym krzyżem ewentualnie z trzema szóstkami. Jako reprezentant polskich wyborców pani Scheuring-Wielgus powinna o tym pamiętać.

W jednym z ulicznych wywiadów w rozmowie z reporterem stacji TVN młody człowiek broniąc „pani Margot” stwierdził, że istotna jest „zmiana językowa- jeżeli nie zaczniemy od zmiany języka nie zmieni się całe społeczeństwo”. Zacznijmy nazywać rzeczy po imieniu- bez tego nie mamy szans na wygranie jakiejkolwiek batalii, tym bardziej z przeciwnikiem tak dobrze zorganizowanym i przeszkolonym do boju o nieistniejącą, póki co, rzeczywistość.

Sześciobarwna chorągiewka to symbol satanistyczny, podobnie jak odwrócony krzyż czy trzy szóstki. Dlatego przestańcie nazywać sześciobarwną chorągiewkę „tęczową flagą” bo sami przydajecie jej nienależnego splendoru, wprowadzając przy okazji w błąd czytelników, widzów i słuchaczy. Zaczynam od siebie.

SAD

PS.

Być może powyższa, pobieżna, publicystyczna, kulturowo-semantyczna analiza wielobarwnej chorągiewki LGBT i unaocznienie jej prawdziwych aksjologicznych odniesień zostanie przez niektórych odebrana jako niedopuszczalne zbezczeszczenie „świętych” dla wyzwolonych ruchów liberalno-lewicowych symboli. W przeciwieństwie do ich najbardziej skrajnych zwolenników, zamiast profanowania prawdziwie świętych znaków i symboli katolickich czego próbują w ostatnich latach dokonywać, odniosłem się merytorycznie do mających tysiące lat kulturowych kodów i znaczeń. Spróbujcie zrobić to samo. W sposób cywilizowany.

Tęczowy Ciamajdan, czyli kolejny nieudany pucz

Tym razem miało się udać! Tym razem Warszawa miała zapłonąć jak Portland, Filadelfia czy Seattle! Tym razem na wzór amerykański pomniki miały zostać obalone, a „faszystowski” reżim Kaczyńskiego miał pokazać swoje krwawe oblicze. I co? I nic! Znowu nic! Tęczowy Ciamajdan załamał się zaledwie po dwóch dniach. Tak to jest robić przewrót państwowy z lesbijkami, gejami, biseksualistami i transseksualistami, którzy jedyne czego chcą, to trochę podymić, zrobić kilka nowych selfie na insta i fajnie się zabawić.

Foto: YouTube.com

Po raz kolejny liberalno-lewicowa opozycja postawiła nie na tego konia co trzeba. Zainwestowała szyldy partyjne, zaangażowanie liderów, resztki godności i dobrego imienia, o ile o takim można jeszcze mówić. Wszystko po to, żeby jeszcze raz spróbować skorzystać z okazji do wzbudzenia społecznych emocji niezbędnych do osłabienia, a jeśli się uda to może i do obalenia demokratycznie wybranej władzy w kryterium ulicznym. Z dużą pomocą zagranicy i zaprzyjaźnionych mediów. Pokusa była tym większa, że manewr tęczowych aktywistów miałby się wpisywać w podobny do amerykańskiego scenariusz antyrządowych rozruchów, w których ataki lewicowych bojówek na pomniki, historyczno-religijne symbole oraz oskarżanie sił porządkowych o wyjątkową brutalność stanowiły główne osie tamtejszych protestów.

Jednak polskim aktywistom ideologii LGBT daleko do zdecydowania i bezwzględności amerykańskiej Antify. Totalna opozycja nie ma tyle sprytu, samodzielności w działaniu i wolnej gotówki co amerykańscy Demokraci, a z zadymiarza i pospolitego chuligana Michała Sz. trudno będzie wykreować męczennika i ofiarę kaczystowskiego totalitaryzmu. Chociaż ten bardzo się starał, żeby tak właśnie mogło być. Próby sprokurowania symbolu pisowskiego terroru trwają w Polsce co najmniej od 2016 r., od czasu gdy na przysejmowym chodniku wyłożył się red. Diduszko.

Jakkolwiek poruszający przypadek śmierci Georga Floyda trafił w Ameryce na podatny grunt o charakterze rasistowskim i zyskał dodatkową nośność wśród 13% mniejszości afroamerykańskiej, której przedstawiciele często nie przebierają w środkach gdy idzie o wyrażanie swojego niezadowolenia i sprzeciwu wobec władz. Tragedia czarnoskórego przestępcy została sprytnie ubrana w społecznie nośne hasło Black Lives Matter, masowo nagłośniona przez liberalno-lewicowe media i bezwzględnie wykorzystana przez tamtejszych polityków Partii Demokratycznej. Skala i poziom organizacji amerykańskich protestów, przeszkolenie liderów, synchronizacja i koordynacja działań w licznych miastach,  mogą wskazywać na wcześniej dopracowany i przećwiczony scenariusz.

Któż w Polsce miałby zainspirować, poderwać i poprowadzić przeciwko kaczystom umęczone polskim faszyzmem tęczowe masy bananowej, wielkomiejskiej młodzieży? Krzysztof Śmiszek? Joanna Sheuring-Wielgus? A może Kamila Gasiuk-Pichowicz? Ilu w naszym kraju znajdziemy cherlawych okularników w rurkach i tęczowowłosych dziewcząt w czerni gotowych na brutalne starcia pisowską policją, na gaz łzawiący, armatki wodne a może i nawet gumowe kule?

Chaotyczne, nieskoordynowane i spóźnione reakcje liberalno-lewicowych polityków mogą wskazywać na dezorientację i brak jednolitego ośrodka decyzyjnego. Może i chcieliby skorzystać z nadarzającej się okazji, może i próbują podsycać emocje i nastrój grozy, ale nie ma w tych działaniach przesłania, które mogłoby trafić na podatny, społeczny grunt. Polacy są zażenowani kolejnymi ekscesami polityków opozycji. Łączenie politycznych, antyrządowych demonstracji z chuligańskimi wybrykami tęczowych aktywistów, niewahających się profanować miejsc, i symboli dla Polaków ważnych i często świętych, musi budzić dodatkowy niesmak i konsternację.

Jedynym, realnym przekazem totalnej opozycji jest nadal hasło antyPiS oraz nieustanna medialna zadyma, co jest destrukcyjne dla państwa polskiego i publicznej debaty, jest szkodliwe społecznie, jednak nie daje cienia szans na przejęcie władzy przez rozhisteryzowaną, totalną opozycję. Jeśli politycznego przewrotu nie udało przeprowadzić w ubiegłych latach z wykorzystaniem zaprawionych w bojach, karnych, posłusznych, dyspozycyjnych emerytów resortowych, dawnych towarzyszy z PZPR, SB, Milicji i ZOMO, znających rzemiosło, mechanizmy kryterium ulicznego i medialnej prowokacji, to jak mogła się udać „tęczowa rewolucja” z wykorzystaniem cherlawych, lewackich aktywistów przemycających bibułę w przepoconych skarpetkach (autentyk z jednego z publicznych wystąpień aktywisty LGBT)?

Kolejne lamenty i akty strzeliste nad utraconą demokracją, łamaniem konstytucji, ograniczaniem praw obywatelskich wygłaszane przez polityków opozycji do kamer i mikrofonów gotowych do transmisji na żywo mediów, publikowane na profilach portali społecznościowych łzawe historie o „brutalności policji” czy politycznych aresztowaniach aktywistów LBGT za poglądy, potwierdzają coś zupełnie przeciwnego niż chcieliby przekazać rozgorączkowani działacze PO i Lewicy.

Od przegranych w 2015 r. wyborów liderzy Platformy Obywatelskiej niczym Świętego Grala poszukują elektryzującej idei, emocji, przekazu, czy choćby społecznego grepsu, które mogłyby ponieść ich do wyborczego zwycięstwa. Najwidoczniej zapomnieli, że podstawą działania partii politycznej powinien być program, program gospodarczy, społeczny, polityczny, obronny, strategiczny dla kraju, którym ma się ambicje rządzić.

I to jest temat na osobny felieton, który z pewnością już w krótce powstanie. W przeciwieństwie do realnego, rzetelnego, uczciwego programu wyborczego partii Borysa Budki i Rafała Trzaskowskiego, który najprawdopodobniej nie powstanie nigdy, w każdym razie nie w przewidywalnej przyszłości. Oni będą szukać kolejnej okazji do zadymy, do medialnej hucpy, do przewrotu, do zmiany politycznego rozdania z wykorzystaniem kryterium ulicznego, przy pomocy przyjaciół z zagranicy. Z tym, że to są metody działania wrogiej, obcej agentury a nie konstruktywnej opozycji demokratycznego państwa.

Ile też razy można popełniać ten sam błąd i nie dostrzegać, że czyni się głupio? Do ilu razy sztuka? Poza niekończącą się zadymą i emocjonalnym wzmożeniem totalna opozycja nie ma Polakom do zaoferowania zupełnie nic.

 SAD

Foto: YouTube.com

Kobiety polityki 2

Do zdominowanego przez mężczyzn życia publicznego, biznesu, kultury, polityki kobiety miały wnieść niekonfrontacyjne, pozbawione agresji spojrzenie na problemy, koncyliacyjne podejście do konfliktów różnych grup interesów, miały wykorzystywać kobiecą intuicję w działaniu, a przy okazji obdarzać ciepłem, łagodnością, uśmiechem, zrozumieniem. I być może tak właśnie było w początkowych etapach działalności kobiet w publicznej przestrzeni. Dziś widzimy, że przedstawicielki słabej płci to zdecydowani biznesowi i polityczni gracze, potrafiący omijać i łamać reguły agitatorzy czy przekraczać wytyczone, nieprzekraczalne zdawałoby się granice awanturnicy. Tak jak w filmach Patryka Vegi, często okazuje się, że kobiety są bardziej bezkompromisowe, zdecydowane, bezwzględne czy nawet okrutne nie tylko wobec mężczyzn ale również wobec innych kobiet.

Foto: Twitter

Kobieta w polskiej tradycji ma szczególną pozycję i znaczenie. Być może właśnie dlatego ta wyjątkowa pozycja jest przez część z pań oraz ich męskich doradców wykorzystywana i nadużywana. Kobiety w polskiej polityce posuwają się do wypowiedzi, zachowań i działań, do których mężczyznom nadal nie wypada się posuwać. Wydają się być śmielsze w przekraczaniu kolejnych barier, społecznych i kulturowych tabu. W polskim społeczeństwie i tak zostaną potraktowane łagodniej, z wyrozumiałością, z większym przyzwoleniem.

Przykłady? Proszę bardzo. Wielu komentatorów dziwiło się, dlaczego pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda i córka pary prezydenckiej Kinga nie brały aktywnego udziału w całej kampanii Andrzeja Dudy, a pojawiły się jedynie na finiszu kampanii i podczas wyborczego wieczoru. Odpowiedź przyszła tuż po ich pierwszych wypowiedziach i apelach do świata mediów i do wyborców. Pani prezydentowa przez profesor Środę została określona „damą nie mającą osobowości”, która przy okazji „milcząco przyzwala na prostactwo męża”. Natomiast córka pary prezydenckiej, Kinga Duda, w mojej ocenie pełna taktu, rozwagi i wdzięku, obiecująca prawniczka, z której rodzice mogą być dumni, a która podczas wieczoru wyborczego wystąpiła z prostym przesłaniem, że „wszyscy jesteśmy równi, wszyscy zasługujemy na szacunek, i nikt nie zasługuje na to, żeby być obiektem nienawiści” została zaatakowana przez lewicową działaczkę z Wrocławia. Obrończyni praw kobiet, tolerancji, demokracji, zwolenniczka swobodnego dostępu do aborcji, córkę prezydenta RP określiła mianem „NaziBarbie (…) oddelegowaną do obrony faszyzującego tatusia.” Skandal? Hucpa? Prowokacja? Odmóżdżenie? Zwyrodnienie?

Nie napiszę, że tęczowa działaczka z Wrocławia jest kobietą w typie pewnej dziennikarki, której „nie grodzi aborcja”, bo „do zapłodnienia potrzeby jest seks” z mężczyzną, gdyż za takie niewybredne żarty można, wzorem pisarza Jacka Piekary, słono zapłacić- nawet pół miliona złotych z wyroku niezawisłego sądu.

Kobiety, nie tylko w Polsce, idą w awangardzie rewolucji kulturowej jako nieprzejednane propagatorki ideologii LGBT+, czarnych marszy, aborcji na życzenie czy pełnej, nieograniczonej dowolności seksualnej, które w praktyce dla samych kobiet kończą się zazwyczaj boleśnie, często tragicznie. To kobiety w demonstracjach i manifestacjach biegają z gołymi biustami w świątyniach, jak „dziewuchy” z Pussy Riot piłami mechanicznymi wycinają krzyże, paradują z „cipkomaryjkami” na manifach, wyklejają mury i przystanki autobusowe wizerunkami Matki Boskiej z tęczową aureolą czy też, jak wyzwolone feministki z Argentyny, dokonują ociekającego krwią, obrzydliwego performansu aborcji Dzieciątka Jezus przed katedrą w Tucuman.

Kobietom w polskim życiu publicznym można zdecydowanie więcej niż facetom. Być może to właśnie dlatego do działań i wypowiedzi agresywnych, obraźliwych, napastliwych czy procesowo ryzykownych delegowane są posłanki w typie Kamili Gasiuk-Pihowicz, Joanny Scheuring-Wielgus, Katarzyny Lubnauer, Iwony Hartwich czy Klaudii Jachiry. To politycznki, działaczki i posłanki często biorą na siebie misję naruszania porządku, tradycji, wartości, tabu. To głównie posłanki podczas zaprzysiężenia prezydenta Dudy w polskim Sejmie zasiadły w ławach poselskich w „tęczowych” maseczkach nie zdając sobie zapewne spawy, że nie promują wcale „symbolu równości, tolerancji i pojednania” ale symbol odwróconego porządku rzeczy.

Niestety z podobnych pozycji występuje społeczna kandydatka na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich pani Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, która twierdzi, że „flaga LGBT nie obraża” nawet umieszczona w miejscach i na symbolach religijnego kultu, katolickiego oczywiście. Nikt bowiem nie odważa się umieszczać tęczowych symboli na synagogach, bożnicach i meczetach- na takie zabawy, naruszenia tabu i dekonstrukcje symboliczne przyzwolenia nie ma.

W polskiej kulturze jest też inna tradycja dotycząca mężczyzn, a mianowicie tradycja zachowań honorowych czy żądania satysfakcji. Za niestosowne zachowanie, wypowiedzi czy uczynki ciągle można dostać w twarz, co miało miejsce w przypadku panów Korwina-Mikke i Boniego.

Gdyby powyższa wypowiedź tęczowej działaczki z Wrocławia padła z ust mężczyzny np. wobec córki posła Korwina-Mikke, to dla takiego delikwenta mogłoby się to zakończyć zwykłym mordobiciem.

Z kobietami, siłą rzeczy, jest inaczej. W odniesieniu do kobiet w życiu publicznym i polityce zdecydowanie nowego zabarwienia nabiera powiedzenie: „gdzie diabeł nie może tam babę pośle”. W niektórych przypadkach możemy odnieść wrażenie, że to powiedzenie należy traktować wręcz dosłownie. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z paniami z liberalno-lewicowych kręgów.  

SAD

Foto: Twitter

Solidarność elit budowana na wykluczeniu

Podczas kampanii prezydenckiej kandydat Platformy Obywatelskiej na każdym niemal spotkaniu opowiadał o „odbudowaniu wspólnoty”. Tuż po wyborach w Gdańsku jego macierzysta partia zorganizowała spotkanie powyborcze, na którym padły propozycje wykorzystania „nowej energii” na bazie której liderzy polityczni będą tworzyć „ruch obywatelski” dla niepoznaki nazwany „nową solidarnością”. Czym miałby być ten „nowy ruch” kreowany przez polityków PO, poza tym, że „miałby nie być Platformą Obywatelską”? Na jakich podstawach programowych poza „nową energią” miałby się opierać ten „postpolityczny twór”?

Foto: Flickr PO

Politycy Platformy i jej przybudówek mają wieloletnie doświadczenie w budowaniu niezależnych, apolitycznych „ruchów” bazujących na zniechęceniu do swojej macierzystej partii, z wykorzystaniem rzekomej „obywatelskości”. W 2011 były wiceprzewodniczący tego ugrupowania, Janusz Palikot, zastosował manewr „odejścia od Platformy” i stworzenia ruchu swojego imienia (właściwie nazwiska), dzięki czemu w 2011 r. wprowadził do Sejmu 40 posłów. W 2015 r. podobny manewr bazujący na niechęci do partii Donalda Tuska zastosował Ryszard Petru tworząc Nowoczesną. Resztki tej formacji w 2019 r. zostały wchłonięte przez PO. W międzyczasie był jeszcze „Plan Petru” i partia Teraz!, zgłoszona do likwidacji po miesiącu od rejestracji. Nie zapominajmy przy tym, że szefem sztabu wyborczego „obywatelskiego” Szymona Hołowni był Jacek Cichocki, minister w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz latach 2011-2015.

„Nowa solidarność” zapowiadana przez przewodniczącego i wiceprzewodniczącego PO również będzie bazować na niechęci do własnej formacji politycznej i spróbuje udawać, że z polityką nie ma nic wspólnego. Żebyśmy mieli pełną jasność sytuacji: liderzy polityczni na wiecu partyjnym własnej formacji zapowiedzieli budowę „ruchu obywatelskiego” z uwagi na zniechęcenie wyborców do ich własnego, politycznego szyldu, do ich macierzystej partii. Czy może być jeszcze bardziej groteskowo? Otóż może!

Zapowiadana w trakcie kampanii „nowa wspólnota”, której odbudowanie postawił sobie za główny cel wiceprzewodniczący Trzaskowski zakładała wykluczenie z polityki prezesa Kaczyńskiego i bezwzględne rozliczenie polityków PiS. Tuż przed ciszą wyborczą jak i po wyborach okazało się, że „nowa wspólnota” miałaby zostać oparta na haśle ukrytym pod ośmioma gwiazdkami, propagowanym przez medialnych przedstawicieli PO oraz popierana przez wielu polityków tej partii. Okazuje się, że „**bać i się nie bać” trzeba nie tylko członków i polityków Prawa i Sprawiedliwości, ale też katoli i ciemniaków z Podkarpacia, rolników i wieśniaków z Podlasia i Lubelszczyzny, emerytów, rencistów, a nawet niepełnosprawnych, którzy odważyli się otwarcie popierać Zjednoczoną Prawicę.

Jak zapowiadali przewodniczący i wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej w nowym ruchu jest miejsce dla każdego, byle nie był katolikiem, nie był ze wsi, a nie daj Panie Boże z Podlasia, Lubelszczyzny czy Podkarpacia, ani też z Polski centralnej, która również zdecydowanie poparła prezydenta Dudę. No i nie może być z PiS ani popierać tego ugrupowania. Całą resztę politycy PO serdecznie zapraszają! Tak poprzez masowe wykluczenie buduje się nową wspólnotę.

Trudno też określić pod jakimi sztandarami miałaby zostać zorganizowana „nowa solidarność”. Biało-czerwonych flag nie było nie tylko podczas wieczoru wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Nie było ich również wśród zebranych w Gdańsku podczas wiecu kilka dni po wyborach prezydenckich (poza jedną biało- czerwoną, jaką udało mi się wypatrzeć wśród tłumu obecnych). Zmiany w naszej ojczyźnie prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz powiązała ze „zmianą biało-czerwonej flagi”, nie powiedziała jednak na jaką.

Utworzone w 1980 r. NSZZ Solidarność była największym, liczący ponad 10 milionów członków ruchem społecznym, związkiem zawodowym, zorganizowanym w opozycji do komunistycznych władz PZPR rządzącej wówczas Polską Rzeczpospolitą Ludową. Dziś byli wysocy funkcjonariusze i sekretarze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dostają się do Parlamentu Europejskiego z list Platformy Obywatelskiej, a byli funkcjonariusze służb specjalnych i Milicji Obywatelskiej, którzy w latach ’80 walczyli z Solidarnością i wysługiwali się reżimowi PRL, a którym ograniczono niebotyczne emerytury, znajdują obrońców swoich interesów w liderach PO. To jest nowy etos „Solidarności Obywatelskiej” tworzony przez polityków tego ugrupowania.

Czym zatem może być „nowa solidarność”? To z pewnością nowoczesny ruch bez katoli i ciemniaków z Podkarpacia, rolników, chamów i wieśniaków z Podlasia i Lubelszczyzny, czy pisowksiej szarańczy, czyli bez ponad 10 milionów ludzi, których obowiązkowo trzeba **bać! To oddolny ruch społeczny i obywatelski stworzony przez wieloletnich działaczy i liderów politycznych, nie per pocura, jak miało to miejsce w przypadku ruchu Kukiza, ale wprost przez polityków z pierwszego szeregu budujących narracje o „pozapartyjnosci” i „ponadpartyjności”. To wreszcie „solidarność” bez telewizji publicznej, bez Instytutu Pamięci Narodowej i bez Centralnego Biura Antykorupcyjnego, których likwidację zapowiedzieli Rafał Trzaskowski i Grzegorz Schetyna. Oznaczałoby to wdrożenie doktryny państwa budowanego na dezinformacji zagranicznych mediów działających w Polsce, niepamięci historycznej i wreszcie bezprawiu– tu kłania się przykład aresztowanego właśnie na 3 miesiące Sławomira Nowaka- byłego szefa gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska.

„Nowa solidarność” przewodniczącego Budki i wiceprzewodniczącego Trzaskowskiego to partia polityczna próbująca zaistnieć w kamuflażu „ruchu obywatelskiego”, formacja bezideowa, bazująca jedynie na „nowej energii” otumanionych Sokiem z Buraka, i zachęcanych do agresji wyborców. To w końcu bezprogramowa organizacja, której tworzone na kolanie „pomysły na Polskę”, tak jak „4 x Tak”, „sześciopak Schetyny” czy „program Trzaskowskiego” przechodzą do krainy wstydliwej niepamięci i dezaktualizują się szybciej niż są pisane. Po kilku dniach nie znają ich nawet sami autorzy.

Jeśli mielibyśmy jednym zdaniem opisać czym ma być zapowiadana przez przewodniczącego Budkę i wiceprzewodniczącego Trzaskowskiego „nowa solidarność” to śmiało możemy powiedzieć, że jest to „nowa wspólnota” dawnej postkomunistycznej nomenklatury oraz, mówiąc Ziemkiewiczem, „samozwańczej elity odpiłowanej od koryta”. Czyli solidarność byłych „ludzi władzy”, zarówno tych z czasów PRL, jak i tych z niesławnych czasów 8-letniej koalicji PO-PSL w latach 2007-2015.

Wspólnota oparta na dezinformacji, niepamięci i bezprawiu. Nowa wspólnota obywatelska Platformy.

SAD

Foto: Flickr PO z prawem do wykorzystania.

Kandydat pod fałszywą flagą

Operacje pod „fałszywą flagą to akcje, najczęściej tajne, mające na celu wprowadzenie w błąd otoczenia co do sprawców danego wydarzenia, zrzucenie winy i przekierowanie uwagi, również mediów i opinii publicznej na konkretną grupę społeczną, naród czy państwo. Poza wywołaniem określonych skutków, w tym chaosu informacyjnego, działania pod obcą banderą mają stworzyć fałszywe wrażenie co do wskazania rzeczywistego sprawstwa przeprowadzanej akcji. Do tego typu operacji używane są najczęściej symbole, komunikaty, hasła, rekwizyty czy metody działania charakterystyczne dla grupy, którą chce się za niekorzystne incydenty i zjawiska obwinić. Jednocześnie inspiratorzy i kreatorzy takich akcji próbują odnieść realne korzyści, w tym polityczne, społeczne i ekonomiczne.

Znaczące zaangażowanie częściowo nieświadomych lub też mających pełne rozeznanie w sytuacji mediów w przedsięwzięcie „fałszywej flagi” jest niezwykle istotne i wręcz nieodzowne.

Małgorzata Kidawa-Błońska, Donald Tusk, Rafał Trzaskowski, foto Flickr

Kampania nowego kandydata największej partii opozycyjnej od samego początku wykorzystuję elementy powyższej taktyki. Z jednej strony odwołuje się do etosu prawicowego, patriotycznego i prospołecznego, uosabianych w wypowiedziach kandydata PO przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i programy typu 500+. Z drugiej strony Rafał Trzaskowski ogłasza, że będzie „gorącym żelazem wypalał to, co zrobił PiS.” Efekt dysonansu poznawczego i chaosu informacyjnego został osiągnięty. Jednak zdaje się to nie przeszkadzać elektoratowi Platformy Obywatelskiej i zaprzyjaźnionym, wspierającym mediom, których przedstawiciele muszą doskonale rozumieć, że to wszystko jest na niby, i tylko na potrzeby kampanii. Bez realnego znaczenia.

Obecny prezydent Stolicy udowodnił już swoim wyborcom, że potrafi wycofać się ze złożonych w kampanii obietnic i deklaracji w następnych dniach po ogłoszeniu wyników wyborów, jak miało to miejsce w 2018 r. Na dofinansowanie zajęć dla uczniów warszawskich szkół i bezpłatne żłobki pieniędzy zabrakło, wystarczyło natomiast środków na agresywną promocję środowisk LGBT i seksedukacji dzieci.

Pierwsze wystąpienia Rafała Trzaskowskiego zapowiadające jego start w wyborach prezydenckich musiały wzbudzać zaskoczenie i niedowierzanie. Urzędujący prezydent Warszawy, za czasów którego zlikwidowano ulicę im. Lecha Kaczyńskiego obwieścił w połowie maja, że jeśli zostanie prezydentem Polski, to będzie namawiał swojego następcę, żeby „wystąpił z inicjatywą stworzenia w Warszawie ulicy Lecha Kaczyńskiego”. Poza wykreowaniem wrażenia braku kontaktu z własnym zapleczem partyjnym mającym większość w Radzie Miasta, kandydat Platformy Obywatelskiej mógł dać do zrozumienia, że traci kontakt z rzeczywistością i samym sobą. Zamiast deklaracji mógł złożyć gotowy projekt i publicznie nakłaniać Radę Miasta do przegłosowania konkretnej uchwały. Nie zrobił tego. 

W kolejnych publicznych wystąpieniach Rafała Trzaskowskiego nie było wcale lepiej. Agresywna retoryka, skierowana przeciwko TVP oraz werbalne i fizyczne ataki polityków PO na dziennikarzy mediów publicznych, zostały wymieszane z peanami na cześć posunięć prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji w 2008 r. oraz odwołania się do spuścizny byłego prezydenta Polski. Być może te zabiegi mają na celu sprowokowanie do reakcji prezesa Kaczyńskiego i jego najbliższego otoczenia. Jednak póki co muszą budzić panikę w zaprzyjaźnionych redakcjach na Czerskiej i Wiertniczej, które teraz będą w obowiązku uzasadniać, dlaczego program 500+ i pozostałe projekty prospołeczne wdrażane przez PiS nie są wcale takie złe, a prezydent Kaczyński był wybitnym  geopolitycznym strategiem.

Co warte odnotowania postulat likwidacji TVP wpisuje się i uzupełniająca poprzednie postulaty Grzegorza Schetyny dotyczące zlikwidowania IPN i CBA. Jeśli dodamy pomysły pełnej prywatyzacji najważniejszych firm państwowych i banków, oraz zatrzymanie kluczowych projektów inwestycyjnych jak przekop Mierzei Wiślanej i CPK, to otrzymamy wizję Polski pozbawionej historii, bezbronnej, bez oparcia ekonomicznego, zacofanej, niewydolnej infrastrukturalnie, uzależnionej od sąsiadów, ze społeczeństwem pozbawionym dostępu do informacji.

Dokończenie projektu Donalda Tuska, który za punkt honoru zdawał się mieć zlikwidowanie wszystkiego co polskie, nie przeszkadza doradcom Rafała Trzaskowskiego w kreowaniu jego wizerunku jako polityka dbającego o dobro i najlepiej pojęty interes Rzeczpospolitej, będącego niemalże sukcesorem idei głoszonych przez śp. Lecha Kaczyńskiego. Nowe hasło wyborcze zmiennika Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, „Silny Prezydent Wspólna Polska” brzmi prawie identyczne co hasło współzałożyciela Prawa i Sprawiedliwości ze zwycięskiej kampanii prezydenckiej w 2005 r.: „Silny Prezydent Uczciwa Polska.”

Co prawda PR-owcom PO zabrakło odwagi, żeby odwołać się do idei „państwa uczciwego”, jednak bezpieczniki w zaprzyjaźnionych mediach i tak mogą nie wytrzymać tego typu ideologicznych przeciążeń.

Kampania kandydata Platformy Obywatelskiej bardziej niż typową wyborczą aktywność przypomina swego rodzaju akcję dywersyjną, mającą na celu sianie dezinformacji, wzbudzanie dysonansu poznawczego wśród wyborców i tworzenie informacyjnego chaosu. Te często karykaturalne zabiegi zdają się nie przeszkadzać ani wspierającym Rafała Trzaskowskiego mediom, ani wyborcom totalnej opozycji.

Oni przełkną największy absurd. Są nawet gotowi wychwalać dokonania Kaczora Dyktatora, byle tylko znów przejąć władzę. A potem jakoś to będzie.

SAD

Foto: Flickr z prawem do wykorzystania.

Globalny astroturfing i lokalne zamachy stanu

Gdyby chodziło o wprowadzenie na rynek nowej limitowanej linii obuwia, książki o młodym czarodzieju czy nieletnich wampirach, albo najnowszego smartfona, całą akcję można by skwitować wzruszeniem ramion i przejść nad nią do porządku dziennego. Kolejna grupa naiwniaków została wkręcona w nocne czuwania pod księgarnią, sklepem sportowym czy salonem firmowym, żeby przepłacić za parę adików i z wypiekami na twarzy opowiedzieć o tym przed kamerą youtubera na usługach korporacji. W przypadku „wydarzenia COVID-19” mamy do czynienia ze zjawiskiem globalnym, którego celem nie jest wciśnięcie wyznawcom technologicznej marki przereklamowanego telefonu, a próba przemodelowania systemu gospodarczego w skali świata i zmiana ustrojów politycznych poszczególnych państw z „liberalnej demokracji” na ustroje totalitarne.

Nadal nie mamy odpowiedzi na kolejne kluczowe pytania dotyczące „pandemii”: dlaczego nie zadziałały systemy bezpieczeństwa zachodnich demokracji w skali międzynarodowej i w skali poszczególnych państw (in gremio), oraz, co bardziej istotne, czy rządy poszczególnych krajów zostały nieświadomie wmanewrowane w tę globalną hucpę czy też były i są aktywnymi, świadomymi aktorami tej akcji nie mającej dotąd precedensu w historii globu?

Żeby sprawa była jasna: nikt nie twierdzi, że wirusa wywołującego COVID-19 nie ma. Wirus jest, chociaż z ostatnich badań i porównań statystycznych wynika, że skala pandemii została wielokrotnie przeszacowana.

W akcjach astroturfingowych będące ich przedmiotem produkty również istnieją, np. nowa kolekcja ubrań znanego sportowca czy perfumy słynnej piosenkarki. Jako, że ich „cena” zazwyczaj znacznie przekracza ich realną „wartość”, oznacza to, że uzyskiwane „korzyści” są nieadekwatnie wysokie w odniesieniu do jakości i faktycznych cech użytkowych „produktu”. Tak działa PR.

Astroturfing jako narzędzie marketingu i promocji

Wyjaśnijmy czym  jest astroturfingu. Zgodnie z definicją to „pozornie spontaniczne, obywatelskie akcje lub inicjatywy podejmowane w celu wyrażenia poparcia albo sprzeciwu dla idei, polityka, usługi, produktu, wydarzenia, kiedy naprawdę kierują nimi specjaliści w zakresie PR.”

Krótko mówiąc są działania z zakresu marketingu i public relations, mające na celu zbudowanie wrażenia wokół jakiejś idei, zjawiska, grupy, produktu czy usługi, przy jednoczesnym rozbudzeniu wokół tego „projektu” adekwatnych i oczekiwanych emocji, które mają nosić cechy „naturalnych, oddolnych, spontanicznych” reakcji, działań czy wydarzeń. Jeżeli przyłożymy do powyższych opisów i definicji „zjawisko COVID-19”, to wpisuje się w nie niemal idealnie.

Szczególną uwagę zwraca nachalna promocja tego zjawiska przez mainstreamowe media, celebrytów i gwiazdy. Masowe, zorkiestrowane wmawianie nam występowania tego „wydarzenia” pomimo braku indywidualnych doświadczeń w tym zakresie (nikt kogo znasz nie zna nikogo chorego na COVID-19), oraz tragicznych skutków, jakie wywiera ono na nasze zdrowie i życie, pomimo oczywistych faktów, jest prowadzone systematycznie i konsekwentnie. Całości dopełniają puste szpitale, tańczący z nudów lekarze i pielęgniarki, albo tłumnie (30-40 osób) żegnające pojedynczych pacjentów wychodzących ze szpitala. Czy wreszcie bezsensowne, wewnętrznie sprzeczne zalecenia co do środków czystości, ostrożności i social distancingu.

Cytując Encyklopedię Zarządzania: „W swoim założeniu astroturfing jest oszustwem, którego źródło jest ciężkie do wykrycia. W USA i Wielkiej Brytanii astroturfing w kampaniach reklamowych jest nielegalny”, pod karą grzywny a nawet więzienia. Jaką karę należałoby wymierzyć twórcom i współsprawcom „wydarzenia” COVID-19?

Medycznie nic się tu nie zgadza

Do dziś brakuje rzetelnych testów na potwierdzenie występowania tej choroby, a co za tym idzie brakuje rzetelnych danych o zachorowaniach i wyzdrowieniach. Nie ma rzetelnych danych o liczbie zgonów COVID-19- wręcz przeciwnie: już dziś wiemy, że podawane nam dane są w oczywisty sposób niewiarygodne, chociażby z powodu śmiertelnych chorób współistniejących, i braku przeprowadzanych sekcji zwłok. Wprowadzony powszechnie zakaz przeprowadzania sekcji zwłok „zmarłych na COVID-19” jest tym bardziej kuriozalny i zastanawiający, że zgodnie z oficjalnymi informacjami wirus „umiera” wraz z pacjentem, a gdy nawet „przeżyje” na skórze czy ubraniach, to po kilku dniach w chłodni również powinien być „martwy” i zupełnie niegroźny. W związku z tym przeprowadzanie sekcji zwłok powinno być absolutnym obowiązkiem i podstawą do oceny skutków choroby. Na ten jakże istotny fakt, tj. prawne uniemożliwienie przeprowadzenia absolutnie bezpiecznej i kluczowej z punktu widzenia wyjaśnienia istoty „pandemii COVID-19” nikt nie zwra uwagi.

Jeśli spojrzymy na COVID-19 jako „pandemię” z czysto medycznego punktu widzenia, to absolutnie nic się tu nie zgadza! Jeśli na „pandemię” spojrzymy jak na „wydarzenie astroturfingowe”- pasuje absolutnie wszystko. Cui bono?

Co dziwi i musi budzić skrajny niepokój społeczeństw, oficjalne czynniki, rządy, ministerstwa, szpitale, laboratoria i służby specjalne (z nielicznymi wyjątkami) działają i zachowują się tak jakby bardziej zależało im na podtrzymywaniu wrażenia istnienia pandemii, niż rozwianiu wątpliwości. Rządom zdaje się bardziej zależeć istnieniu pandemii strachu m.in. poprzez dezinformację i tuszowanie faktów o „COVID-19”, brak reakcji na przejawy jawnej cenzury, niż na wyjaśnieniu prawdziwej istoty choroby, samego zjawiska „pandemii 2020” i płynących stąd konsekwencji.

Gdyby uznać, że „pandemia COVID-19” jest działaniem astroturfingowym, rządy poszczególnych państw, służby specjalne, prokuratury, sądy, oraz organizacje międzynarodowe musiałyby dogłębnie zbadać sprawę, ująć winnych i wymierzyć im sprawiedliwość. Rzecz w tym, że prowadzone równolegle do „wydarzenia COVID-19” działania rządów i korporacji w obszarze zmian „nawyków społecznych”, zmian prawnych i pospiesznie wdrażanych technologii, mogą w zaledwie kilkanaście miesięcy uniemożliwić społeczeństwom jakiekolwiek dochodzenie stanu faktycznego i należytego ukarania winnych. W ustrojach totalitarnych społeczeństwo nie ma nic do gadania.

Piorunujące efekty przedsięwzięcia astroturfingowego

Pandemia COVID-19 okazała się sukcesem. Udało się zbudować markę, która pomimo wielu wątpliwości, zyskała ogromną wiarygodność i niespotykany w skali globalnej oddźwięk. Marka COVID-19 zmieniła i zmienia nie tylko nawyki zakupowe (zakupy przez internet zamiast w galeriach handlowych), rewolucjonizuje styl życia (home office, social distancing, zamknięte restauracje, drastyczne ograniczenie spotkań, podróży, wypoczynku), wywraca do góry nogami biznesu i życie gospodarcze (masowy upadek małych i średnich przedsiębiorstw rodzinnych, likwidacja całych branż i gałęzi gospodarek) i rozwiązania technologiczne (o rewolucyjności wprowadzanej technologii 5G mówią wprost firmy telekomunikacyjne- tylko nie wiemy co to za rewolucja) oraz przebudowuje ustrój społeczny (marginalizacja a w konsekwencji likwidacja klasy średniej. Nadzwyczaj unikalna kumulacja zjawisk i procesów pandemicznych daje szanse na wprowadzenie nowego ustroju społeczno- politycznego. Jakiego? A jakim systemem może zostać zastąpiona demokracja, choćby ta ułomna, liberalna? 

Skutkiem „eventu” COVID-19 jest nie mający precedensu od II wojny światowej dodruk pustego pieniądza, dzięki czemu tuszowana jest katastrofa gospodarcza zachodnich gospodarek, która od kilku lat wisiała w powietrzu. Jeśli dodamy do tego globalne wgranie w masową świadomość społeczną strachu przed „śmiertelną chorobą” i największy od 150 lat światowy kryzys gospodarczy, to możemy zrozumieć jaki zasięg, skalę i skutki wygenerowało to „przedsięwzięcie”. 

Bez względu na to, czy „pandemia” jest zjawiskiem spontanicznym i przypadkowym, czy wykreowanym produktem mającym pomóc w realizacji określonych celów, „wydarzenie” COVID-19 już spowodowało bardzo konkretne, nieodwracalne niemal skutki społeczne, prawne, gospodarcze i polityczne. Jeśli zostaną wprowadzone „rewolucyjne zmiany technologiczne” nie tylko wzrośnie bezrobocie, ale też będzie możliwe przyspieszone wprowadzenie systemu społeczno-politycznego na wzór chiński. A jako, że obudzeni wówczas ze snu Europejczycy mogą zacząć się buntować, nowy system będzie musiał wypracować znacznie bardziej brutalne scenariusze niż te w Chinach.

Światowa marka o ogromnej sile oddziaływania

Każdy kto zna podstawy marketingu wie, że jeśli uda się wprowadzić na rynek produkt, który odniesie sukces, należy jak najszybciej poszerzyć asortyment, wykreować i wprowadzić na rynek marki i usługi komplementarne, tak żeby móc zaspokoić stworzony popyt i zmaksymalizować zysk. Wiadomo też, że każdy produkt przechodzi cykl rynkowego życia. Dlatego oczywistym następstwem światowego sukcesu marki COVID-19 powinno być wprowadzenie na rynek produktu uzupełniającego i rozszerzającego asortyment.

Z dużym prawdopodobieństwem możemy przewidywać wprowadzenie lekkiej linii na sezon letni (np. mysia grypa), i nieco bardziej treściwej na okres jesienno-zimowy (np. szczurza pandemia), o czym pisałem już na początku maja. Do wykorzystania pozostają jeszcze miejskie gołębie, ale niestety ogranicza to zakres działania produktu do wielkich metropolii. A to powinien być produkt masowy, paraliżujący strachem nawet najdalsze zakątki prowincji.

Demokratyczne systemy bezpieczeństwa w ruinie

Powiedzieć, że w przypadku „pandemii” demokratyczne systemy bezpieczeństwa zawiodły, to nie powiedzieć nic. Jeśli potraktować „wydarzenie pandemiczne” jako „stress-test” to okazuje się, że zarówno na poziomie organizacji międzynarodowym (ONZ, WHO, NATO, Unia Europejska, o NGO’sach nawet nie wspominając) jak i poszczególnych państw i środowisk funkcjonujących w tych państwach, odpowiednio funkcjonujących systemów bezpieczeństwa „ustroju demokratycznego” po prostu nie ma.

Organizacje, służby państwowe, media, znaczna część niezależnych dziennikarzy (chociaż tu jest jeszcze jakaś nadzieja), środowiska medyczne, prawne i uniwersyteckie zachowały się tak, i dalej zachowują, jakby dotychczasowy „ustrój” liberalnej demokracji nie tylko nie istniał, co nie był już dłużej nikomu potrzebny. Z dnia na dzień reguły, zasady, prawa związane z tym ustrojem i towarzyszącym mu wolnorynkowym kapitalizmem przestały obowiązywać z powodu „wydarzenia pandemicznego COVID-19” opartego na niesprawdzonych, często nierzetelnych danych, podbijanych agresywną medialną propagandą, zmęczoną twarzą jednego ministra i płomiennymi wystąpieniami kilku innych polityków.

Poza nielicznymi wyjątkami, niemal nikt z organizacji, służb, autorytetów, mediów, nie próbował weryfikować informacji, kwestionować danych, dyskutować o zasadności podejmowanych decyzji i wprowadzanych rozwiązań. Kompletny paraliż. Lockdown!

Wystarczył hasztag #zostańwdomu i społeczeństwa zachodnie gremialnie wykonuje „siad na d.”! Wystarczy komenda „maski na twarz” i nikt nie śmie nawet zaprotestować. Zamykaj biznes! Zamykają. Klaszczcie! I tłumy klaszczą. Lekarze i pielęgniarki tańczą a chorych nie widać.

Broń psychologiczna, medialna nagonka i prawna presja rządów okazały się silniejsze niż wiedza, doświadczenie życiowe, dorobek naukowy, pozycja społeczna i poczucie odpowiedzialności. Okazuje się, że do sparaliżowania kapitalistycznych gospodarek i zmuszenia do kapitulacji (samoizolacji) społeczeństw Zachodu nie potrzeba wcale uzbrojonych armii, czołgów, nalotów bombowych czy masowych egzekucji przy ścianach straceń. Wystarczy Facebook, Twitter, portale „informacyjne” i wiadomości wtłaczane do głów 24 godziny na dobę przy wtórze dobrze wyreżyserowanych politycznych przemówień. „Lockdown!” „Uwaga! Uwaga! Przeszedł! Koma trzy…” Widać różnicę?

„Lockdown! COVID-19!” I całe społeczeństwo siup do chałup.

Jaką wartość mają zasady wolnorynkowej gospodarki i prawa demokratyczno-liberalnego społeczeństwa, skoro można je zamrozić i zniewolić w tydzień za pomocą hasztaga? Organizacje, służby, instytucje, jak i autorytety (można powtarzać w kółko), które nie wypełniły swojej roli, nie potrafiły zidentyfikować należycie problemu i ostrzec społeczeństwo na czas, powinny zostać zweryfikowane i rozwiązane. A ludzie chodzący w glorii autorytetów i ekspertów, powinni zostać pozbawieni środków na działalność i urzędów, co i tak po zamontowaniu nowego systemu społeczno-politycznego najprawdopodobniej ich czeka.

Lokalne zamachy stanu

Jednym z najbardziej istotnych pytań dotyczących „pandemii COVID-19” wymagających rzetelnej odpowiedzi jest to, na ile rządy poszczególnych państw, w tym rząd naszego kraju, dały się komuś wmanewrować w przedsięwzięcie rujnujące gospodarkę i stanowiące przyczynek do zmiany społeczno-politycznego ustroju państwa, a na ile czynnie i świadomie w tym przedsięwzięciu przedstawiciele rządów brały i biorą udział?

Trudno sobie wyobrazić, że absolutnym przypadkiem i zbiegiem okoliczności jest automatyczne powtarzanie przez premierów i ministrów narracji głoszonych przez prywatnych przedsiębiorców w typie Billa Gatesa o tym, że „pandemia potrwa co najmniej 1,5-2 lata”, że „trzeba zostać w domu”, że „trzeba nosić maseczki” (chociaż to, zdaniem ministra od pandemii, głupota), „że trzeba wszystkich obowiązkowo szczepić”, czy wreszcie, że weszliśmy w fazę przejściową „Nowej Normalności”. I to mówił premier mojego rządu! Kto ministrom konstytucyjnym i premierowi rządu RP nakazał powtarzanie takich niebezpiecznych i szkodliwych bredni za korporacyjnym przedsiębiorcą?

Tu pojawia się pytanie do prawników, ekspertów i konstytucjonalistów, czy ogłoszenie jakiegoś bliżej niesprecyzowanego porządku społeczno-polityczno-gospodarczego, określonego przez premiera RP jako „Nowa Normalność”, wraz z równoczesnym wprowadzaniem poważnych ograniczeń prawnych dla całego społeczeństwa, zawieszeniem części uprawnień organom kontrolnym (np. komisjom sejmowym) oficjalnym wprowadzaniem m.in. nowych rozwiązań dotyczących sejmowych głosowań, nie było próbą pozaprawnej zmiany obowiązującego ustroju państwa, a więc złamaniem m.in. przepisów art. 127, 128 i 129 kk.?

Próba zmiany fundamentów ustroju państwa bez uzyskania zgody społeczeństwa na taką zmianie, to uproszczona definicja próby dokonania zamachu stanu. Proszę mnie poprawić jeśli jest inaczej.

Pandemie następujące jedna po drugiej

„Zbyt łatwo poszło”- to generalny wniosek płynący z dotychczasowego przebiegu astroturfingowego „wydarzenia COVID-19”. A skoro poszło tak łatwo, to tylko głupi nie spróbowałby raz jeszcze. I znów.

Prawdziwym celem akcji astroturfingowej „COVID-19” nie jest wykreowanie pojedynczego produktu ale stałego „zagrożenia pandemicznego” jako nieodłącznego elementu życia społeczeństw zachodnich. Pandemia, w tej czy innej odsłonie, pochodząca od nietoperza, szczura, myszy czy gołębia miejskiego zostanie wprowadzenia jako permanentne, nieustające zagrożenie dla społeczności światowej. Tak wykreowane zjawisko i towarzyszące mu mechanizmy zostaną używane jako narzędzia przebudowy relacji gospodarczych, społecznych, prawnych i wreszcie politycznych Świata Zachodu. Aż do uzyskania stanu Postpandemicznego Totalitaryzmu. Wówczas wszystkie pandemie ustaną, żeby udręczeni, zmęczeni kryzysami ludzie mogli się wreszcie cieszyć „wieczną szczęśliwością”.

Rewolucja Pandemiczna 2020 musi być prowadzona etapami. W kolejnych, coraz bardziej drastycznych, dramatycznych i wyrafinowanych odsłonach będziemy się dowiadywać o coraz to bardziej przerażających zagrożeniach, co będzie się wiązać z koniecznością dokonywania coraz to większych ustępstw i trybutów. Jednocześnie Nowa Normalność będzie implementowana w taki sposób, żeby ci, którym będą odbierane majątki, prawa, możliwości jakiegokolwiek oddziaływania na władzę i wszelkie nadzieje na normalne życie, będą klaskali przy tym i śpiewali pieśni, wyrażając swoją bezgraniczną wdzięczność.

„A więc tak umiera wolność. Wśród burzy oklasków.” Znamy to i z filmu, i życia.  

SAD