Dlaczego elity podjęły bunt? Wywiad w PCh24Tv

PCh24Tv

Wywiad w telewizji PCh24TV z 04 marca 2021 r.

Z kim państwa zachodnie przegrały wyścig gospodarczy i dlaczego?

Kto będzie spłacał długi państw zachodnich?

Dlaczego globalne elity zwróciły się przeciwko społeczeństwom?

Jakie są przyczyny społecznej bierności?

Cała rozmowa PCh24Tv z dnia 04.03.2021 r.

Bankructwo Zachodu, czyli pieriestrojka a rebours

Społeczeństwa zachodnie zdają się nadal nie dostrzegać, że ich państwa zbankrutowały. Nie tylko w wymiarze symbolicznym, w odniesieniu do idei, wartości czy kultury- zbankrutowały dosłownie, w wymiarze ekonomicznym. Współczesny kapitalizm nie wytrzymał konkurencji z totalitarno- komunistycznymi Chinami, podobnie jak socjalizm lat ’70 i ’80 w wydaniu bloku sowieckiego nie wytrzymał presji zachodniego kapitalizmu. I poniósł klęskę.

Foto: Pixabay

Elity Związku Radzieckiego i satelickich demoludów już na początku lat ’80 doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że zarządzane przez nich gospodarki socjalistyczne nie wytrzymają rywalizacji z doskonale funkcjonującą wówczas maszynerią gospodarek kapitalistycznych. Pierwsze spotkania dotyczące negocjacji warunków kapitulacji ekonomicznej i politycznej państw bloku komunistycznego rozpoczęły się już w połowie lat ’80. Jednym z bardziej znanych spotkań są rozmowy z Rejkiawiku prowadzone jesienią 1986 r. pomiędzy sekretarzem generalnym Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (było kiedyś takie imperium) Michaiłem Gorbaczowem a prezydentem Stanów Zjednoczonych (nadal jeszcze jest takie imperium) Ronaldem Reaganem. Komunistyczne elity radzieckie ale i elity państw satelickich, w tym Polski (warto przypomnieć słynne nowojorskie spotkanie generała Jaruzelskiego z Davidem Rockefellerem z września 1985 r.), już wówczas negocjowały optymalne dla siebie warunki przejścia z systemu gospodarki centralnie planowanej do systemu wolnorynkowego.

I to się im udało. Uwłaszczenie nomenklatury komunistycznej i zapewnienie sobie bezkarności w nowym ustroju wolnorynkowym dokonało się niemal bezproblemowo. Oczywiście kosztem społeczeństw własnych państw i grabieżczej polityki gospodarczej wprowadzanej od początku lat ’90 pod dyktando krwawych, bezwzględnych kapitalistów (pisząc obrazowo w dużym skrócie). Demokracja liberalna i wolny rynek miały być odtąd systemami dominującymi w skali globalnej. Można było ogłosić koniec historii, co widowiskowo uczynił Francis Fukuyama w 1992 r.

Minęło 30 lat i okazuje się, że historia wcale nie wstrzymała swojego biegu. Był to czas wystarczająco długi by Chiny z zapóźnionego technologicznie państwa rolniczego zmieniły się w giganta przemysłowego, który jest w stanie wyprodukować wszystko- w dowolnej ilości i asortymencie. Natomiast uśpiony (czy też usypiany przez swoje elity) Zachód transferował produkcję, miejsca pracy i technologie do państw Dalekiego Wschodu, głównie do Chin, licząc na to, że te z wdzięczności, radośnie i z ochotą przyjmą liberalną demokracje i wolnorynkowy kapitalizm jako własne doktryny dominujące, które będą przez nich wdrażane z religijnym namaszczeniem.

Nic bardziej mylnego. Kryzys finansowy z 2008 r. był jednoznacznym dowodem na to, że nieustanny wzrost gospodarczy państw zachodnich, oparty na napędzanej długiem konsumpcji towarów wyprodukowanych gdzieś za morzami, jest nie do utrzymania. Od tamtej pory (chociaż wiele dokumentów wskazuje na to, że już znacznie wcześniej) trwały intensywne przygotowania do Zmiany Globalnego Systemu Operacyjnego. Istotnym warunkiem przeprowadzenia tej operacji było utrzymanie przez elity finansowe świata zachodniego posiadanych pozycji, statusów i przywilejów. Podobnie jak elity komunistyczne z końca lat ’80, finansowo-cyfrowa arystokracja współczesnego świata musi wejść do nowej rzeczywistości w nimbie zwycięzców, a jeszcze lepiej, w nimbie dobroczyńców całej reszty zdezorientowanej ludzkości.

Liberalna demokracja i wolnorynkowy kapitalizm muszą odejść do lamusa. Brakującym ogniwem był jednak wystarczająco istotny i poważny powód ‘obiektywny’ do przeprowadzenia tego typu operacji. Społeczeństwa państw zachodnich za bardzo były przywiązane do wtłaczanych im przez dziesięciolecia wolnościowych przyzwyczajeń i kapitalistycznych nawyków. Podobnie jak ‘wojna’ (o czym w prywatnych rozmowach mówił premier Mateusz Morawiecki), ‘pandemia’ zmieniła perspektywę ludzkości w pięć minut. Z chwilą zatwierdzenia projektu pandemicznego przez Światową Organizację Zdrowia i ogłoszenia oficjalnych potwierdzeń tegoż przez przywódców państw wolnego świata deklaracjami wprowadzania Nowej Normalności (już w kwietniu i maju 2020 r.), ‘to, co byłoby niemożliwe lub nawet niewyobrażalne w normalnych czasach, stało się nie tylko możliwe, ale prawdopodobnie absolutnie konieczne’ (George Soros, Project Syndicate 11.05.2020 r.).

Tak jak chylący się ku upadkowi w latach ’80 blok komunistyczny był skazany na przegraną z gospodarkami zachodnimi z powodu deficytów produkcyjnych i niemożności wprowadzania skutecznych rozwiązań innowacyjnych z przyczyn ideologicznych (ujmując rzecz w dużym skrócie), tak współczesne państwa zachodnie zbankrutowały z bardzo podobnych powodów – w wyniku wytransferowania większości produkcji poza obszar własnych państw oraz postępującej ideologizacji biznesu i uczelni wyższych. Już nie konkurencyjność, efektywność i użyteczność miały być priorytetami w budowaniu skutecznych zespołów badawczych czy zarządów firm, a parytety płci, czy tak jak dzieje się to ostatnio, parytety mniejszości dowolnego rodzaju – od rasowych po seksualne.  

Bankruci nie spłacają długów

Większość liczących się państw świata zachodniego pożyczała więcej niż wytwarza. Zadłużenie Francji, Wielkiej Brytanii, Kanady, Hiszpanii, Belgii czy Włoch przekroczyło już ponad 100 % rocznego PKB. Rekordziści, tacy jak Grecja i Japonia to ponad 200% długu w skali roku. Zadłużenie Stanów Zjednoczonych w stosunku do PKB oscyluje już na poziomie 110% i osiągnęło rekordowy poziom od 1945 r., kiedy to przypadał szczyt kryzysu gospodarczego spowodowanego II wojną światową. Po latach zawieruchy wojennej nastąpił złoty okres prosperity lat ’50 i’60 oparty na wolności gospodarczej i swobodach politycznych. Dziś jesteśmy dopiero u progu największego globalnego kryzysu gospodarczego od 100 lat. Najpotężniejsze państwo świata unieruchomienie pandemicznymi restrykcjami i całym szeregiem ograniczeń, jednym z priorytetów swojej polityki zagranicznej ustanawia prawa mniejszości LGBT, za łamanie których Biały Dom już dziś grozi sankcjami. Administracja prezydenta Bidena zdaje się nie dostrzegać poważniejszych problemów i wprowadza niebezpieczną ideologizację polityki na najwyższe poziomy dyplomatyczne.

Świat zachodni jest bankrutem. Tym razem nie ma jak i nie ma komu ponownie zrolować tego długu. Międzynarodowi wierzyciele od lat upominali się o swoje. Gdyby Włochy, Portugalia i Hiszpania zbankrutowały na wzór grecki, musiałoby to pociągnąć lawinę finansowej katastrofy nie do powstrzymania. Bankruci nie spłacają długów. Odium społecznego gniewu spadłoby na przywódców politycznych i międzynarodową finansjerę, u której rządy kapitalistycznych liderów miały pootwierane rachunki z nieograniczonym niemal limitem kredytowym. Zaciągniętych długów nie będą musieli spłacać niewydolne gospodarczo, zideologizowane państwa zachodnie. Spłacą je obywatele tychże państw swoimi prywatnymi majątkami, wyzbywając się przy okazji wolności (w wymiarze prywatnym i gospodarczym), jakiegokolwiek wpływu na władzę oraz własnego dziedzictwa kulturowego- zwyczajów i obyczajów.

Projekt pandemiczny stał się idealnym narzędziem do załatwienia wszystkich niewygodnych spraw w jednym pakiecie. Po pierwsze: państwa zyskały pretekst do dodrukowania tylu środków ile akurat potrzebują do załatania bieżących dziur i spłaty odsetek od rosnącego długu. Po drugie: rządy państw demokratycznych zyskały idealną okazję do ograniczenia praw gospodarczych i politycznych swoich społeczeństw do poziomu, którego nie powstydziłyby się dojrzałe dyktatury XX wieku, wzmacniając przy tym swoją pozycję zamiast ponosić odpowiedzialność za poczynione szkody. Po trzecie: upadające przedsiębiorstwa, małe i średnie biznesy, wraz z nieruchomościami, staną się łatwym łupem dla rządów i korporacji mających nieograniczony dostęp do generowanego na zawołanie cyfrowego pieniądza. Dzięki temu międzynarodowi wierzyciele będą mogli odzyskać znaczną część pożyczonego państwom zachodnim kapitału, zyskując przy tym wpływy polityczne i nieznane dotąd przewagi gospodarcze. Po czwarte wreszcie:  pandemia staje się idealnym pretekstem do wdrożenia Nowego Ładu, Nowego Światowego Porządku w miejsce demontowanego systemu wolnorynkowego kapitalizmu i liberalnej demokracji, co zabezpieczy obecne pozycje i statusy garstki kilku tysięcy miliarderów, ich rodzin i pomocników.

Cyfrowa totalna kontrola wprowadzana w miejsce regulatorów relacji społecznych opartych na trzech filarach: greckiej filozofii (i logice), rzymskim prawie i chrześcijańskiej moralności, dopełni procesu pandemicznej transformacji.

Pod pretekstem pandemii (bez obiektywnych powodów medycznych) rządy narodowe zbankrutowanych państw oraz ich koalicjanci, wykorzystując obowiązujące nadal (chociaż już nie ich samych) mechanizmy demokratyczne i pozostałości przyzwyczajeń wolnorynkowych, wbrew interesom 99% swoich obywateli, dokonują transformacji ustrojowej na wzór tej z jaką mieliśmy do czynienia na przełomie lat ’80 i ’90. Z tym, że jest to pieriestrojka a rebours, wdrażana w imieniu międzynarodowych koncernów, cyfrowej arystokracji oraz nowego, globalnego hegemona- Chin. Tym razem to my idziemy na Wschód. Chcące utrzymać swoją dotychczasową pozycję elity finansowe wybrały dla Świata Zachodu nowy model społeczno-gospodarczo-polityczny: postpandemiczny, dystopijny totalitaryzm na wzór chiński w wersji pomnożonej przez powszechną biedę, zintensyfikowany do sześcianu. I nie ma w tym cienia przesady.

Jedyne co nas jeszcze skutecznie odgradza od tej coraz bardziej realnej dla większości wizji, to pełne półki w marketach i kolorowe obrazki seriali w okienkach telewizorów i komputerów – dominująca szarość świata lat ’80 i dominujący na sklepowych półkach ocet przyspieszyły upadek bloku socjalistycznego. My ockniemy się może dopiero wtedy, gdy zabraknie pieniędzy na codzienne zakupy, a okienka monitorów decyzją korporacyjnych arystokratów zostaną wygaszone.

Z tym, że wówczas będzie za późno na jakąkolwiek skuteczną reakcję. System będzie już szczelnie domknięty.

SAD

Do czego doprowadzi Wielki Reset? Wywiad wRealu24

Wywiad w telewizji wRealu24 z 14 lutego 2021 r.

Czym jest ‚pandemia COVID-19’?

Co wspólnego ma pandemia z astroturfingiem?

Na czym polega Wielki Reset, co będzie nam odbierał i czym się skończy?

Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby dołączyć do grona globalnych elit?

Cała rozmowa wRealu24.tv, z dnia 14.02.2021 r.

Kres państw powszechnego dobrobytu

Miliarderzy doszli do wniosku, że dobrobytu dla wszystkich nie wystarczy. Ci najbardziej świadomi już na początku lat ‘2000 wiedzieli, że amerykański styl życia kojarzony z małym, białym domkiem na przedmieściach, wygodnym samochodem, stabilną pracą, dwójką-trójką dzieci i zasobna emeryturą jest już nieosiągalny nawet dla społeczeństw zamożnych państw zachodnich. Dlatego niepobudzające społecznych nadziei i mało wydajne koncepcje zarządzania społecznego w postaci kapitalizmu i demokracji należy jak najszybciej wygasić.

Foto: Flicktr (Licencja Creative Commons)

Bezpośrednimi produktami liberalnej demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu miały być dostępne dla każdego nadzieje spełnienia amerykańskiego snu. Każde państwo, które przyjęło religię demokratyzmu i kapitalizmu miało zapewniać każdemu swojemu obywatelowi równe szanse osiągnięcia finansowego sukcesu, społecznego prestiżu, osobistej satysfakcji, życiowego spełnienia i bezpiecznej starości. Niewydajny system oparty na powszechnym zadłużeniu państw i obywateli musiał się zawalić. Po transferze produkcji, miejsc pracy, technologii i kapitału na Daleki Wschód, głównie do Chin, od początku lat ’90 trudno było spodziewać się innego zakończenia koncepcji nieustającego wzrostu wynikającego z rozpasanej konsumpcji niż powszechne bankructwo państw zachodnich. Ale nie miliarderów.

Współpracujący z Państwem Środka najbogatsi ludzie Zachodu, którzy swoimi decyzjami biznesowymi i politycznymi przyczynili się do upadku cywilizacji z której wyrośli pozazdrościli komunistycznym – chińskim elitom – systemu nielimitowanej, niekontrolowanej i nieprzemijającej władzy.

Aby podobne chińskim rozwiązania mogły być wprowadzone w państwach zachodnich należy przede wszystkim pozbawić społeczeństwa tych państw wyobrażeń i nadziei lepszego, coraz bardziej dostatniego życia, kreowanych, rozbudzanych i utrwalanych w nich przez dziesięciolecia funkcjonowania wolnego rynku. Pozbawienie społeczeństw demokratycznych złudzeń i kapitalistycznych nadzieli to zadanie najtrudniejsze w projekcie rewolucji miliarderów, rewolucji a rebours. Pandemia COVID-19 (a najprawdopodobniej również kolejne pandemie odpowiednio zmutowanych wirusów) jest do tego celu narzędziem idealnym. Narzędziem pozbawiania nadziei tych, którym mogłoby przyjść do nierozsądnych głów bronić pozostałości niechlubnej historii wolnościowych fanaberii.

Fałszywa pandemia umożliwiła rządzącym wdrożenie realnych narzędzi pozbawiających społeczeństwa dotychczasowych przywilejów w czterech podstawowych obszarach: własności prywatnej we wszelkiej możliwej postaci; wpływu na władzę w oparciu o mechanizmy demokratyczne; praw i wolności gwarantowanych dotąd przez konstytucje i demokratyczne instytucje; oraz zwyczajów, obyczajów, nawyków kulturowych i praktyk religijnych do jakich społeczeństwa cywilizacji zachodniej były przyzwyczajane przez ostatnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset lat.

W miejsce dotychczasowych regulatorów społecznych wprowadzany jest powszechny system cyfrowej kontroli totalnej, oparty o technologie gigantycznych baz danych, szybkiej transmisji tychże danych w czasie rzeczywistym (co umożliwią rozwiązania 5G i 6G), sztucznej inteligencji oraz wszechobecnej przemocy – fizycznej, finansowej, politycznej, ideologicznej i medialnej.

To pięć głównych obszarów gospodarczo- społeczno- politycznych zmian, wprowadzanych pod pretekstem pandemicznego zagrożenia.

Gasną mrzonki o nieograniczonym awansie materialnym i społecznym. Mit od pucybuta do miliardera właśnie się dezaktualizuje. Drabiny społecznego awansu zostały powciągane na samą górę przez tych, którzy dysponują nieograniczonym dostępem do cyfrowego pieniądza, generowanego na zawołanie w dowolnej ilości. Teraz będą obowiązywać nowe mity: od milionera do bezdomnego, od krezusa do mieszkańca zbiorowego baraku, od eksperta do bezwolnego dawcy narządów.

Pandemia zakończyła powojenny czas dobrobytu i stała się cezurą mrocznych wieków ludzkości – postpandemicznego, dystopijnego totalitaryzmu na wzór chiński, którego początków jesteśmy świadkami. Początków nowego, ponurego świata budowanego właśnie na gruzach wolnorynkowego kapitalizmu i liberalnej demokracji.

SAD

Totalitaryzm albo wojna- dylemat generałów

„Obywatele Ameryki pokładają zaufanie w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, które bronią zarówno ich jak i Konstytucji od prawie 250 lat.”- oświadczyło Kolegium Połączonych Szefów Sztabów w memorandum wystosowanym po ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Głównodowodzący wojsk amerykańskich zapewnili jednocześnie, że „będą przestrzegać rozkazów wydawanych przez dowództwo cywilne (…) aby chronić życie i mienie, zapewnić bezpieczeństwo publiczne (…) bronić i chronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych przez wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi.” Okoliczności towarzyszące wyborom prezydenckim w USA mogą wskazywać, że wypełniając rozkazy nowej władzy cywilnej po zaprzysiężeniu Joe Bidena na urząd prezydenta wojsko amerykańskie będzie zmuszone sprzeniewierzyć się zapisom Konstytucji, a głównym wrogiem armii staną się obywatele własnego kraju.

Fot. Departament Obrony USA

Zgodnie z wielokrotnymi zapewnieniami urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych wybory w 2020 r. zostały sfałszowane. Pomimo setek zaprzysiężonych świadków, dowodów prezentowanych przez prawnika Rudyego Giulianiego, dziesiątek ekspertyz przedstawionych w totku przesłuchań w Izbach Reprezentantów kilku stanów jak Pensylwania, Michigan, Georgia czy Arizona, raportów Petera Navarro i Sidney Powell oraz statystycznie niemożliwych do uzyskania wyników, sztab wyborczy Donalda Trumpa nie uzyskał możliwości przedstawienia swoich tez ani przed sądami stanowymi, ani przed Sądem Najwyższym. Pomimo publicznie złożonej obietnicy przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zarzuty wyborcze nie zostały wysłuchane również w Kongresie 6 stycznia pod pretekstem szturmu na Kapitol, o inspirację do którego obwiniany jest obecnie Trump. Odpowiedzi w sprawie wyborczych fałszerstw i ewentualnego wpływu obcych państw na ich wynik z pewnością nie uzyskamy za kadencji duetu Biden-Harris, tak jak nie dowiemy się nic nowego o zawartości komputerów Huntera Bidena, aferze spółki Burisma czy o agentce Fang Fang.

Z najnowszego oświadczenia John’a Ratcliffe’a Dyrektora Narodowego Wywiadu wynika, że „Chiny chciały wpłynąć na wynik wyborów w USA w 2020 r.” Jeżeli im się to udało, na co może wskazywać wiele bezpośrednich dowodów, chińskich inwestycji, związków z chińskimi biznesmenami, politykami, czy szpiegami, oznacza to, że Chińska Partia Komunistyczna będzie miała rozstrzygający, decydujący wpływ na dwie największe gospodarki i dwie najpotężniejsze armie świata – własną i amerykańską.

Dowództwo sił zbrojnych USA musi być w posiadaniu informacji dotyczących realnej skali wyborczych nieprawidłowości. Z pewnością dysponuje również stosownymi analizami i projekcjami ukazującymi możliwe dla gospodarki i obronności Stanów Zjednoczonych skutki infiltracji urzędników na najwyższych szczeblach władzy przez obce mocarstwo.  

Sztab Joe Bidena jak dotąd nie wyjawił tajemnicy uzyskania rekordowych 81 milionów głosów bez konieczności prowadzenia jakiekolwiek kampanii wyborczej.  

Popierające Demokratów medialne i technologiczne korporacje wskazały kierunek rozwoju nowej formuły funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Cenzura funkcjonująca w mediach głównego nurtu i wprowadzona w mediach społecznościowych po certyfikacji przez Kongres Joe Bidena na urząd prezydenta narusza pierwszą poprawkę do Konstytucji, zakazującą ograniczeń wolności słowa i prasy. Zmowa gigantów dotyczy i swobody wypowiedzi poczynając od głowy państwa, aktywnych polityków a skończywszy na zwykłych obywatelach, oraz firm mogących służyć wymianie informacji, takich jak Parler, która została doprowadzona do bankructwa zaledwie w kilka dni.

Bezpośrednio zagrożona może być również druga poprawka do Konstytucji. Prawo do posiadania broni, od lat kwestionowane przez środowiska popierające Demokratów, może zostać znacząco ograniczone chociażby w wyniku inspirowanych zamachów z użyciem broni palnej czy prowokacji, jak ta z 6 stycznia na Kapitolu, w której aktywny udział brali bojówkarze Antify i Black Lives Matter.

Politycy Partii Demokratycznej już wcześniej zapowiadali modyfikację poprawki dwunastej, opisującej metodę przeprowadzania wyborów prezydenta Stanów Zjednoczonych, odbywających się w oparciu o system głosów elektorskich od 1804 r. System głosowania bezpośredniego ma zapewnić Demokratom zwycięstwo w następnych elekcjach, o ile takowe będą jeszcze w przyszłości potrzebne.

Ostatniego słowa nie powiedział jeszcze projekt pandemiczny COVID-19 i kolejne jego ewolucje. Z jednej strony stał się pretekstem do zwiększenia udziału głosów oddanych drogą korespondencyjną w wyborach 2020 r. do 62 milionów z 30 milionów w 2016 r. Z drugiej pozbawił pracy i biznesów miliony małych i średnich przedsiębiorców. I nadal wydaje się być idealnym narzędziem do wprowadzania kolejnych ograniczeń praw i swobód obywatelskich. Ameryka, z uwagi na wolnościowe tradycje i powszechny dostęp do broni, prawdopodobnie będzie przeciwstawiać się dłużej. Przykład Francji i 17 innych państw europejskich (m.in. Belgia, Czechy, Grecja, Hiszpania, Rumunia, Włochy), gdzie wprowadzono godzinę policyjną pokazuje, że cywilizowany Świat Zachodu zmierza w kierunku rozwiązań totalitarnych.

Rujnujące amerykańską gospodarkę, redefiniujące politykę energetyczną i strukturę społeczno-demograficzną oraz osłabiające międzynarodową pozycję Stanów Zjednoczonych pomysły prezentowane przez nową administrację Demokratów muszą przywodzić na myśl najczarniejsze scenariusze. Większość w obydwu izbach Kongresu i brak ograniczeń instytucjonalnych pozwoli lewicowym ideologom przebudowywać ostoję wolności na wzór modelu chińskiego.

Jakiego zatem społeczeństwa, której wersji Konstytucji, Ameryki pod czyim faktycznym przywództwem będą bronić wojska USA po 20 stycznia 2021 r.? Skąd realnie popłyną rozkazy, które zobowiązani będą wykonywać generałowie Kolegium Połączonych Szefów Sztabów?

Jeśli komukolwiek nadal się wydaje, że uniemożliwienie publicznych wypowiedzi urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych na Twitterze i w innych mediach, usuwanie pomników amerykańskich prezydentów z przestrzeni publicznej, aktywne próby łamania karier politykom i biznesmenom, wymazywanie historii Donalda Trumpa, jego zdjęć i dokonań z rejestrów agencji prasowych pod byle pretekstem jest „szokujące”, „niewiarygodne”, „bulwersujące”, „oburzające” to znaczy, że ciągle nie zdołał wczuć się w ducha Nowych Czasów. W ducha Nowej Normalności. Logika zainicjowanych w rzeczywistości pandemicznej wydarzeń podsuwa nam projekcje i obrazy, które w najbliższych kilku latach swoją śmiałością, rozmachem, bezwzględnością i okrucieństwem mogą przyćmić barbarzyństwa wojenne, okupacyjne i obozowe czasu II wojny światowej. Nie tylko w Stanach ale i w Europie. Już wkrótce, za 2- 3 lata, może nawet szybciej. To nieunikniony etap Rewolucji Pandemicznej (Globalnego Resetu), okrutny, morderczy ale konieczny, jak ma to miejsce w każdej rewolucji zmieniającej formę i bieg świata. Zbyt śmiała antycypacja?

Administracja prezydenta Trumpa poczytuje sobie za sukces, że w trakcje jego czteroletniej kadencji Stany Zjednoczone nie wszczęły jakiejkolwiek nowej wojny nigdzie na świecie. Jeśli na najwyższy urząd w państwie zostanie zaprzysiężony Joe Biden, pierwszą totalnym konfliktem jaki będzie musiała podjąć nowa administracja będzie batalia z własnym narodem – z jego większością. A że jest to społeczeństwo bardzo dobrze uzbrojone, wojna zapowiada się naprawdę krwawa. I będzie to wojna o światowy prymat, o globalne przywództwo Chin rozegrana z wykorzystaniem amerykańskich elit i sił zbrojnych przeciwko USA. Na amerykańskiej ziemi.

Odsuwając na bok teorie spiskowe musimy zauważyć, że jeszcze przez kilka dni głównodowodzący amerykańskiej armii będą mieli realny wybór: czy podjąć walkę z zyskującym dominującą pozycję wrogiem zewnętrznym oraz wspierającymi go elitami wewnętrznymi, czy też stanąć w obronie elit i być zobligowanym, zgodnie z obowiązującym prawem, do ruszenia na wojnę z własnym narodem. I przyczynić się do zniszczenia Cywilizacji Zachodu.

Po 20 stycznia 2021 r. takiego wyboru nie będzie.

SAD

Zabić Trumpa – dekapitacja konserwatywnej Ameryki

Cyfrowa arystokracja zrzuca maski, rezygnuje z resztek demokratycznych pozorów i dekoracji. Cenzurując prezydenta Stanów Zjednoczonych poprzez blokadę dostępu do aplikacji internetowych, sieci społecznościowych i części usług finansowych, przy aplauzie polityków Partii Demokratycznej i niektórych Republikanów, wyznacza nowy kierunek i filozofię działania administracji Joe Bidena i jego świty. Ograniczenie zagwarantowanej w Konstytucji wolności słowa to początek szeregu zmian w Nowej Ameryce. Wcześniej pod pretekstem pandemii ograniczone zostały prawa do prowadzenia działalności gospodarczej i prawo wolności religijnej. W kolejce czekają korekta dostępu do broni palnej i znaczące ograniczenia prawa własności prywatnej. Pretekstów z pewnością nie zabraknie.

Foto: YouTube.com

Oficjalnym powodem zamknięcia twitterowego konta i możliwości korzystania z pozostałych mediów społecznościowych miało być nawoływanie przez prezydenta Trumpa do rozruchów pod Kapitolem w trakcie debaty Kongresu 6 stycznia. Z nagrań wypowiedzi prezydenta USA jednoznacznie wynika, że nic takiego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie: Donald Trump namawiał swoich zwolenników do pokojowego i patriotycznego demonstrowania. Nie przeszkadzało to liderom Partii Demokratycznej, z przewodniczącą Izby Reprezentantów na czele domagać się natychmiastowego usunięcia prezydenta z urzędu w trybie 25 poprawki do Konstytucji. Po odrzuceniu tego pomysłu przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, Nancy Pelosi wraz popierającymi ją kongresmenami zdecydowała o uruchomieniu wobec nadal urzędującego prezydenta procedury impeachmentu – po raz kolejny. Ewentualna, skuteczna procedura prawnego pozbawienia urzędu, poza znaczeniem symbolicznym i tytularnym, uniemożliwi liderowi ruchu MAGA ewentualny start w wyborach prezydenckich w 2024 r.

Podczas weekendowego wywiadu udzielonego w programie 60 Minut – jednym z najpopularniejszych programów publicystycznych Ameryki – Nancy Pelosi nazwała Trumpa obłąkanym, niezrównoważonym, niebezpiecznym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Kilka dni wcześniej, podczas spotkania z generałem Mark’iem Milley’em Szefem Połączonych Sztabów Sił Zbrojnych USA miała namawiać go do odebrania głównodowodzącemu dostępu do broni atomowej, pod pretekstem rzekomej możliwości wywołania przez niego wojny nuklearnej.

Operacja polowania na konserwatywne czarownice objęła nie tylko urzędującego prezydenta USA, jego najbliższego otoczenia, rodziny i współpracowników, ale wszystkich konserwatystów biorących udział czy popierających ruch MAGA (Make America Great Again) oraz próbujących w jakikolwiek sposób, w jakiejkolwiek formie kwestionować wynik wyborów prezydenckich 2020 r. Twitter zablokował konta wielu konserwatywnym politykom. Równocześnie duże firmy i instytucje finansowe zadeklarowały wstrzymanie finansowania dla polityków republikańskich zaangażowanych w walkę o wyjaśnienie wyborczych fałszerstw. Pojawiły się głosy wzywające senatorów Teda Cruza i Josh’a Hawley’a do zrezygnowania z zasiadania w Senacie tylko dlatego, że zdecydowali się skorzystać z konstytucyjnych praw i zgłosić zastrzeżenia do ważności listopadowych wyborów w sześciu stanach. Nowojorska Izba Adwokacka wszczęła postępowanie przeciwko prezydenckiemu prawnikowi Rudy’emu Giuliani’emiu, w związku z jego wypowiedziami na wiecu przed zamieszkami w Kongresie 6 stycznia 2021 r.

Konkurencyjna dla Twittera platforma komunikacyjna Parler, na którą przeniósł swoje konto Donald Trump po zablokowaniu jego profilu z niemal 90 milionami obserwującymi, dostała wypowiedzenie usług hostingowych od innego technologicznego giganta – firmy Amazon. Parler został zmuszony do przeniesienia swojego serwisu z serwerów Amazona w terminie 24 godzin, co biorąc pod uwagę ilość danych było zadaniem niewykonalnym. Spółka wyceniania na około 1 miliard dolarów została sprowadzona na skraj bankructwa w czasie kilku dni. Strona Parler.com jest obecnie nieaktywna.

Pasażerowie linii American Airlines, którzy na pokładzie samolotu zaintonowali hymn Stanów Zjednoczonych zostali usunięci z pokładu. Wszyscy. W bazach danych lotnisk oraz linii lotniczych pojawiają się nazwiska zwolenników ruchu MAGA, którzy zostali objęci zakazem lotów.

Niemiecki Deutsche Bank, z którym spółki Trumpa prowadziły interesy od kilkudziesięciu lat wypowiedział chęć współpracy z podmiotami z nim związanymi. Kanclerz Angela Merkel, ustami swojego rzecznika, wyraziła zaniepokojenie zablokowaniem konta twitterowego przez technologicznego giganta z Doliny Krzemowej. O decyzji Deutsche Banku nie wspominała nic.

Facebook systematycznie usuwa treści i strony sugerujące, że doszło do kradzieży wyborów prezydenckich 2020 r.

Działania koncernów technologicznych, gigantów finansowych i polityków Partii Demokratycznej wykraczają poza schemat rywalizacji politycznej w ramach systemu demokratycznego. To jawna próba zniszczenia politycznego rywala, pozbawienia go funduszy i uniemożliwienia mu jakiegokolwiek uczestnictwa w życiu politycznym, gospodarczym i społecznym. Donald Trump i jego najbardziej znani zwolennicy mają stanowić ważny przykład i ostrzeżenie dla wszystkich, którzy kiedykolwiek ośmieliliby się przeciwstawić totalitarnej machinie polityczno- medialno- technologiczno- finansowej, głoszącej jedynie słuszne idee. To przestroga dla wszystkich, którym zamarzyłoby się przywództwo ruchu konserwatywnego w USA.

Lidia Sanches zasiadająca w Izbie Reprezentantów oświadczyła, właśnie, że jest gotowa złożyć projekt ustawodawczy, zgodnie z którym żadna ulica, lotnisko, park czy choćby ławka w parku nie będą mogły być nazwane imieniem Donalda Trumpa.  Nie sądzę, żeby zasługiwał na jakiekolwiek przywileje przyznane poprzednim prezydentom– oświadczyła polityk Partii Demokratycznej.

Tymczasem Joe Biden nawołuje do zgody, jedności i porozumienia. Zaznacza, że priorytetem jego administracji będzie wspieranie właścicieli małych biznesów należących do Latynosów, Azjatów, Afroamerykanów, Indian i kobiet. Dla nich mają znaleźć się środki i pomoc niezbędna do ponownego uruchomienia działalności gospodarczej. Prezydent elekt przypomina jednocześnie o konieczności noszenia maseczek, mycia rąk i zachowania społecznego dystansu.

Wygląda na to, że nadszedł czas ukarania białych konserwatystów, nacjonalistów, zwolenników Trupa, mających stanowić największe zagrożenie dla amerykańskiej demokracji. Podobne wypowiedzi i decyzje można interpretować jako zachętę do dalszych szykan zwolenników ruchu MAGA, którego unicestwienie będzie znacznie trudniejsze niż zniszczenie samego lidera. Otwarte polowanie na białego, heteroseksualnego, katolika, konserwatystę i białą, heteroseksualną kobietę, katoliczkę, o czym pisałem w październiku 2020 r., można uznać za rozpoczęte. Biorąc pod uwagę rzeczywistość pandemiczną i rzeź małego i średniego biznesu, z którego w dużej mierze rekrutuje się konserwatywna klasa średnia, ruch republikański w Stanach Zjednoczonych w obecnej czy nowej odsłonie nie ma szans na powrót do władzy. I taki zdaje się być główny cel działań Demokratów sprzymierzonych z cyfrowymi arystokratami– z cyfrową burżuazją.

W najbliższych miesiącach czeka nas zalew: propagandy, cenzury, prowokacji (w tym o charakterze zbrojnym i terrorystycznym), oskarżeń, oszczerstw, fałszywych ideologii, pustego pieniądza, szykan, szczepionek, seksualizacji najmłodszych, homoseksualizmu, jeszcze więcej kłamliwej propagandy, ataków, mandatów, ograniczeń, wyroków sądowych, nielegalnych imigrantów, jeszcze więcej szykan, i jeszcze więcej pustego pieniądza. Pusty pieniądz będzie płynął szerokim strumieniem dopóki nie zmieni się w pieniądz cyfrowy. Wtedy jednoprocentowa cyfrowa arystokracja zyska pełną kontrolę i zatriumfuje nad 99% demosem. Nad plebsem.

W jednym z ostatnich swoich wpisów na innej konkurencyjnej dla Twittera platformie społecznościowej GAB.com, prezydent Trup napisał, że 75 milionów wspaniałych amerykańskich patriotów którzy głosowali ma mnie, na America First, na Make America Great Again, będzie miało gigantyczny głos w nadchodzącej przyszłości. Nie będą oni znieważani, zastraszani czy niesprawiedliwie traktowani w żaden sposób, w żadnym kształcie lub formie.

Wydaje się, że tym razem Donaldowi Trumpowi nie uda się dotrzymać słowa. Po zaprzysiężeniu Joe Bidena 20 stycznia 2021 r., przy większości w Izbie Reprezentantów i Senacie, lewicowo-liberalna machina Demokratów wspierana przez cyfrową arystokrację BigTechów, finansistów i główne media będzie nie do zatrzymania. Zmiażdży każdy napotkany opór.

Temat fałszerstw, ingerencji obcych państw w proces wyborczy, szpiegostwa, zdrady stanu przez wysokiej rangi polityków i urzędników, maszyn Dominion, serwerów z Frankfurtu, afery spółki Burisma i zawartość laptopów Huntera Bidena zniknęły z pola medialnych narracji. Koniec Donalda Trumpa oznacza koniec afer i wszelkich nieprawidłowości.

Jakkolwiek irracjonalnie to dziś brzmi, to w zestawieniu z szaleństwem lewicowych działań i możliwą zdradą stanu przez setki a może i tysiące amerykańskich polityków, urzędników i pracowników służb specjalnych, wprowadzenie stanu wyjątkowego z wykorzystaniem wojska i ujawnienie największych afer skorumpowanych elit waszyngtońskich oraz lokalnych, obecnie może być jedynym rozsądnym krokiem, dającym szansę obrony systemu demokratycznego w jego dotychczasowej postaci.

Nie ma znaczenia czy Trup wjechałby na białym, gniadym czy karym koniu. Ważne by z tym obłędem, który właśnie się rozpoczął i z barbarzyństwem, które z pewnością nas czeka, zrobił porządek. Jako lider i obrońca Wolnego Świata nigdy nie miał ważniejszego zadania.

SAD

Foto: YouTube.com

*Zdjęcie Kathy Griffin trzymającej odciętą głowę Donalda Trumpa miało być projektem przygotowanym w ramach wolności słowa i wolności wypowiedzi, zapisanych w pierwszej poprawce do amerykańskiej Konstytucji, które podobno za czasów jego prezydentury były poważnie zagrożone (maj 2017).

Kwiatowa rewolucja w USA

Polowanie na krwawego dyktatora zostało rozpoczęte. Komentarz po ostatnich zajściach w Waszyngtonie mógłby być ironiczny, sarkastyczny, kpiarski, może miejscami nawet zabawny. O karykaturalnym końcu amerykańskiej demokracji. O tym, że facet w futrzanej czapce z krowimi rogami na głowie wraz z kilkunastoma zarośniętymi kumplami zdobył amerykański Kapitol w trakcie jednej z najważniejszych debat Kongresu ostatnich kilkudziesięciu lat. O tym, że zapuszczony facet z kolczykiem w nosie nakłada 12 godziną cenzurę na konto twitterowe urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych obserwowane przez niemal 90 milionów osób. Jego kolega po fachu, jeden z gości na wyspie Epsteina, nakłada zakaz publikacji jakichkolwiek treści przez amerykańskiego imperatora w najpopularniejszych na świecie portalach społecznościowych.

Foto: Twitter

Teatr odgrywany przed amerykańską i międzynarodową publiką ma więcej wspólnego z kwiatową rewolucją w krajach arabskich niż z rewolucją dzieci-kwiatów lat ’60 i ’70. Tylko czekać aż znienawidzony tyran zostanie widowiskowo pojmany, znieważony, upokorzony a może i unieszkodliwiony na dobre. Jak Hussein i Kaddafi- naczelni wrogowie demokracji.

W tekście opublikowanym 5 października napisałem:

Nowy porządek w Ameryce miał się opierać na podziale, bezprawiu, chaosie i propagandzie. Powtórka scenariuszy kolorowych i kwiatowych rewolucji z Bliskiego Wschodu i Afryki widoczna jest w sposobie prowadzenia wojny z reżimem Trumpa. Doświadczone, wyspecjalizowane kadry organizatorów, koordynatorów i egzekutorów zamiast prażyć się w afrykańskich piaskach pustyni, mogą się teraz wykazać na miejscu. Wszczynanie rewolucji to ich chleb powszedni.*

Polowanie na największego wroga demokratycznej Ameryki– Donalda Trumpa – zostało oficjalnie rozpoczęte. Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi zaapelowała właśnie do wiceprezydenta Mike’a Pence’a o uruchomienie procedury usunięcia prezydenta z urzędu w trybie 25 poprawki do Konstytucji. W przypadku braku reakcji ze strony zastępcy Trumpa, spiker Pelosi zagroziła wszczęciem kolejnego impeachmentu. Na dwa tygodnie przed przekazaniem urzędu zatwierdzonym właśnie przez Senat Joe Bidenowi i Kamali Harris. Podstawą tych decyzji ma być wtargnięcie do niewystarczająco dobrze chronionego przez służby porządkowe Kongresu grupy zwolenników MAGA. Strach wśród przeciwników amerykańskiego prezydenta musi być ogromny, skoro są oni gotowi doprowadzić do publicznego upokorzenia przywódcy własnego państwa. Przykład niepokornego Trumpa ma działać wychowawczo i odstraszająco dla wszystkich potencjalnych przeciwników nowych globalnych porządków- jeśli można publicznie zlinczować lidera „wolnego świata” to można zlinczować każdego.

Jeżeli dojdzie do wykorzystania zapisów 25 poprawki to „najlepszy prezydent Stanów Zjednoczonych” przejdzie do historii jako niepoczytalny awanturnik. Trump nie tylko musi odejść, ale musi odejść w niesławie. Musi zostać zniszczony wraz z legendą jaką wokół siebie przez lata zbudował.

Show must go on!

Wtargnięcie kilkudziesięciu awanturników do budynku Kongresu przerwało serię oficjalnych obiekcji zapowiedzianą przez grupę 12 republikańskich senatorów i ponad 140 członków Izby Reprezentantów. Senator Ted Cruz zgłosił wniosek o utworzenie specjalnej komisji, która miałaby przez 10 dni badać sprawę nadużyć, nieprawidłowości i fałszerstw w co najmniej 6 stanach. Wyniki prac tej komisji mogłyby zaważyć na wyniku wyborczym na najważniejszy urząd w państwie. Szturm Kongresu miał być bezpośrednim powodem natychmiastowego przerwania obrad. Dał też pretekst do wycofania obiekcji przez senatorów, w tym samego Cruza. Wystąpienie senackie rezygnującej ze zgłoszenia zastrzeżeń Kelly Loeffler było najlepszą ilustracją upadku Partii Republikańskiej w jej obecnym kształcie. Startująca w wyborach uzupełniających do Senatu, jeszcze dwa dni wcześniej zapowiadała walkę o uczciwe wybory prezydenckie stojąc u boku wspierającego ją Donalda Trumpa. W jednej chwili, z powodu awantury na Kapitolu, pryncypia i praworządność jakimi miała się kierować przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. To była jawna, polityczna rejterada. I zdrada.  

Nikt podobno nie spodziewał się, że sesja połączonych izb amerykańskiego Kongresu mająca prowadzić obrady nad „największym w historii Sanów Zjednoczonych fałszerstwem wyborczym” może zostać przerwana przez wzburzony tłum. Nie spodziewali się tego podobno ani politycy Partii Demokratycznej miesiącami przymykający oko na agresywne akcje bojówkarzy z Antify i Black Lives Matter, którzy latem 2020 bezkarnie podpalali Amerykę. Nie spodziewał się tego podobno sam prezydent Trump, który od kilku tygodni w wystąpieniach publicznych zachęcał swoich zwolenników do przyjazdu pod Kapitol w dniu 6 stycznia 2021 r. Nie spodziewały się tego również siły porządkowe, Gwardia Narodowa, wojsko, agencje wywiadowcze, służby bezpieczeństwa Kongresu.

Pierwsze w historii USA wtargnięcie grupy nieuzbrojonych przebierańców i zwolenników prezydenta Trumpa do siedziby Senatu i Izby Reprezentantów, gabinetów kongresmenów i senatorów okazało się dziecinnie proste po tym jak policjanci ochraniający Kapitol usunęli ogrodzenie i wpuścili protestujących. Wystarczyło wyłamać drzwi, wybić okna i można było wkroczyć do siedziby władz ustawodawczych najpotężniejszego państwa świata. Dziecinada. Wytatuowany facet w futrzanej czapie z bawolimi rogami i dzidą w ręku mógł w pozie triumfu zająć miejsce przewodniczącego izby wyższej Kongresu.

Świątynia amerykańskiej demokracji została zbrukana – a być może uświęcona – przez barbarzyńców, stanowiąc czasową i symboliczną cezurę zmiany dotychczasowego ustroju republikańskiego w fasadową, przejściową demokrację Nowej Normalności.

Z tylko sobie znanych powodów Donald Trump nie chciał uruchomić aktu insurekcyjnego, do czego był publicznie namawiany. Nie skorzystał z całego szeregu dostępnych narzędzi prawnych i instytucjonalnych celem zebrania i wyświetlenia dowodów w sprawie wyborczych fałszerstw, do czego był uprawniony choćby na podstawie własnego dekretu z sierpnia 2018 r. Gra prezydenta USA  o przywództwo stała się zbyt skomplikowana i niejasna nawet dla sporej części popierających go polityków i sympatyków. Prawdopodobnie dlatego inscenizacja przewrotu politycznego na Kapitolu został uruchomiona i przeprowadzona za niego, w formie karykaturalnej. Teraz „rewolucja zwolenników Trumpa” będzie wykorzystywana i rozgrywana na wszystkie możliwe sposoby. Przeciwko niemu samemu i jego zwolennikom.

Jeśli Donald Trump chciał zmienić wynik sfałszowanych w jego mniemaniu wyborów prezydenckich musiał zdawać sobie sprawę, że da się tego zrobić tylko za pomocą buńczucznych wypowiedzi na spotkaniach wyborczych i twitterowych wpisów. W tym celu potrzebne były realne działania proporcjonalne do skali sugerowanych oszustw i rangi zaangażowanych w nie osób. Tego zabrakło.

Trump nie zdecydował się wywrócić układu z użyciem przysługujących mu narzędzi i praw. Nie zdołał osuszyć bagna. Zatem teraz bagno wciąga go i zatapia.

Tymczasem spiskowcy zacierają ślady. Robią to na tyle skutecznie, że dziś już nikt nie pyta o to, jakich fałszerstw dopuszczono się w Pensylwanii, Arizonie, Michigan, Nevadzie, Georgii czy Wisconsin. Nikt nie pyta o ciężarówki wypełnione dziesiątkami tysięcy głosów, przewożonych pomiędzy stanami, o drukowane w Chinach kartach do głosowania, o maszyny firmy Dominion czy serwery zliczające głosy w Barcelonie i Frankfurcie. Nikt nie pyta już o możliwą ingerencję obcych mocarstw w proces wyborczy demokratycznego hegemona. Nikt też nie zadaje pytań o największy w historii Stanów Zjednoczonych cyberatak na systemy komputerowe kluczowych instytucji związanych z bezpieczeństwem, energetyką czy systemami nuklearnymi jaki miał miejsce w połowie grudnia 2020 r. mającym być „preludium do wojny”. Nikt też nie zadaje pytań o potężną eksplozję pod siedzibą firmy AT&T w Nashville w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 2020 r. Nikt nie łączy już tych wydarzeń z wyborami prezydenckimi 2020. Nikt też nie zadaje pytań o nieprawidłowości do jakich mogło dojść podczas wyborów uzupełniających do Senatu w stanie Georgia.

Wszystkie te sprawy zeszły na dalszy plan. Wystarczyło wpuścić do gmachu Kongresu kilkudziesięciu zdezorientowanych protestantów wraz z fotoreporterami, pozwolić na zdemolowanie pomieszczeń, widowiskowo zastrzelić jedną kobietę, żeby wyborcze obiekcje „największego fałszerstwa w historii USA” straciły na znaczeniu, odeszły w niebyt, przestały mieć sens fundamentalny. Nawet dla najtwardszych republikańskich senatorów. Narracje głównego nurtu płyną już w zupełnie inną stronę. Ich fale mają zmyć z pokładu Donalda Trumpa wraz ze wszystkimi jego „niedorzecznymi” zarzutami o największe w historii USA wyborcze fałszerstwo.  

Tuż przed zablokowaniem twitterowego konta prezydent Trump wystąpił z krótkim oświadczeniem: „Mieliśmy wybory. Zostały nam one ukradzione. To były wygrane wybory. Wszyscy to wiedzą, szczególnie druga strona.”

Umarł król, niech żyje król. Cóż z tego, że pochodzenie nowego monarchy jest mocno wątpliwe- trzeba będzie użyć więcej pudru – to wszystko. I tylko do czasu gdy nie zostanie wymieniony przez damę z cienia – Kamalę Harris. A wtedy „Boże chroń Nas przed taką Królową!”

SAD

*Cytat z książki Globalny Bunt Elit. Rewolucja Pandemiczna 2020. Kroniki pandemii.

Foto: Twitter

Król z nieprawego łoża

„Wiem, że wszyscy mamy wątpliwości dotyczące naszych ostatnich wyborów. Chcę was zapewnić, że podzielam obawy milionów Amerykanów dotyczące nieprawidłowości wyborczych. I obiecuję wam: przyjedźcie w tę środę! Będziemy mieli nasz dzień w Kongresie! Wysłuchamy zastrzeżeń, przyjrzymy się dowodom”- oświadczył Mike Pence 4 stycznia  podczas wystąpienia w stanie Georgia. To wiceprezydent Stanów Zjednoczonych stanie na czele obrad połączonych izb Senatu oraz Izby Reprezentantów 6 stycznia, mających zatwierdzić wybór prezydenta kraju. Od sposobu prowadzenia tego posiedzenia i podejmowanych w jego trakcie przez zastępcę Trumpa decyzji może zależeć kto będzie gospodarzem Białego Domu przez kolejne 4 lata.

Foto: Pixabay

Wynik wyborów prezydenckich 2020 roku w USA nadal nie jest przesądzony. Były wiceprezydent Joe Biden otrzymał co prawda wymaganą przez Konstytucję liczbę 270 głosów elektorskich, jednak istnieją poważne podejrzenia dotyczące wyborczych nieprawidłowości i fałszerstw do jakich miało dojść w co najmniej 6 stanach: Arizonie, Georgii, Michigan, Nevadzie, Pensylwanii i Wisconsin. Głosy elektorskie z każdego z tych stanów, tj. łącznie 79 z 306 głosów jakie przyznane zostały Joe Bidenowi są kwestionowane przez prezydenta Trumpa, jego prawników oraz popierających go senatorów i kongresmenów. Stronnicy Donalda Trumpa nie wykluczają spisku wyborczego, do jakiego mogło dojść z udziałem najwyżej postawionych polityków Partii Demokratycznej, Partii Republikańskiej, pracowników administracji, firm dostarczających maszyny i oprogramowanie do zliczania głosów wyborczych, amerykańskich gigantów technologicznych i wielkich mediów, przy aktywnym udziale Komunistycznej Partii Chin, Rosji oraz Iranu. Ma o tym świadczyć raport przygotowany przez szefa Wywiadu Narodowego Johna Ratcliffe’a, który może być przedmiotem debaty członków Kongresu w najbliższą środę.

W trakcie powyborczych medialnych dyskusji ze strony wysokiej rangą byłych oficerów amerykańskiej armii w kierunku obozu Demokratów padły zarzuty o zdradę stanu.

Niektórzy spodziewają się przedstawienia przez zespół Trumpa lub sprzyjających mu polityków szeregu kompromitujących materiałów odnoszących się do sfer obyczajowych, gospodarczych i politycznych, mogących skompromitować najwyższych urzędników i polityków z Waszyngtonu.

Trzymając się procedur formalnych ponad 100 republikańskich kongresmenów zadeklarowało wniesienie obiekcji do wyników wyborczych podczas obrad połączonych izb Kongresu 6 stycznia. Ted Cruz zebrał grupę kilkunastu senatorów, którzy również pisemnie zadeklarowali wniesienie takich obiekcji, co jest warunkiem koniecznym do otworzenia debaty na temat zastrzeżeń w poszczególnych stanach. Senator Cruz zarządzał posiedzenia specjalnej komisji, która w czasie 10-cio dniowej sesji mogłaby się zapoznać z dowodami na nieprawidłowości i wyborczych fałszerstw, co może oznaczać tylko jedno: takich dowodów musi być naprawdę dużo.

Prezydent Trump opierając się na opiniach swojego zespołu prawnego oświadczył dziś, że wiceprezydent Mike Pence dysponuje prawem odrzucenia wszystkich głosów elektorskich, które zostały ustanowione w sposób nielegalny. Dlatego wynik wspólnego posiedzenia Senatu i Izby Reprezentantów nie jest wcale taki oczywisty.

Dalszą walkę o uczciwy wynik wyborów zapowiedział podczas poniedziałkowego wystąpienia w Georgii prezydent Trump. Ponawiał swoje wcześniejsze żądania przeprowadzenia szczegółowego sprawdzenia maszyn do głosowania i prawidłowości składanych podpisów na kartach wyborczych, co do tej pory nie zostało uczynione w kwestionowanych stanach. Wyjątek stanowi audyt maszyn w stanie Michigan, który wykazał duże nieprawidłowości w funkcjonowaniu tych urządzeń. Republikanie liczą na to, że te i cały szereg innych dowodów na wyborcze fałszerstwa będzie mogło być zaprezentowane członkom Kongresu oraz amerykańskiej opinii publicznej w dniu 6 stycznia i w dniach następnych.

Trudno przewidzieć które scenariusze będą realizowane w najbliższych dniach zarówno przez otoczenie prezydenta Trumpa jak i przez pretendującego do urzędu Joe Bidena. Jednego możemy być pewni: to będzie kluczowy moment obecnych wyborów prezydenckich.

Równocześnie do Waszyngtonu zjeżdżają setki tysięcy zwolenników Donalda Trumpa zaproszonych przez niego na dzień 6 stycznia. Aż 80 milionów Amerykanów ma wątpliwości co do uczciwości i legalności sposobu przeprowadzenia ostatnich wyborów prezydenckich, a ponad 60 milionów uważa, że wybory zostały po prostu sfałszowane.

Wyborcy domagają się odpowiedzi na kluczowe pytania co do pojawiających się doniesień, zeznań świadków, anomalii statystycznych graniczących z fantazją. Domagają się pełnej transparentności. Jednak znaczna część amerykańskich elit i dominujących mediów stoi na stanowisku, że wybory się obyły w sposób uczciwy, głosy zostały należycie policzone, elektorzy wybrani i zatwierdzeni, a ich głosy prawidłowo złożone w Kongresie. Nie ma mowy o jakichkolwiek nieprawidłowościach. Żadne śledztwa, procedury sprawdzające, audyty czy weryfikacje nie będą prowadzone. Koniec. Kropka. Umarł król, niech żyje król!

Jeśli Joe Biden prawa do swojej władzy, jej źródła chce wywodzić z demokratycznych wyborów 2020 roku przy obecnym poziomie weryfikacji nieprawidłowości, dla znacznej części amerykańskiego społeczeństwa i wielu liderów światowych będzie nikim więcej niż królem z nieprawego łoża. Tu nie pomoże najlepszy specjalista od wizerunku i dobrych manier, uznany krawiec, światowej sławy fryzjer i makijażystka. Kiedy król imperium jest politycznym bękartem, kiedy jego prawo do tronu u samego źródła jest skażone grzechem wiarołomstwa, oszustwa, zdrady i ojcobójstwa, nawet najbardziej wymyślne dekoracje niewiele pomogą. Król z nieprawego łoża zawsze już będzie politycznym podrzutkiem, a swoją hańbę przeniesie na państwo i naród, które podjął się reprezentować.

Co więcej, jako władca imperium będzie musiał replikować swój grzech zdrady wartości i własnego społeczeństwa na pozostałe państwa, które nadal wierzą w demokratyczne dogmaty. Nie może się udać królowi- ojcobójcy, pochodzącemu z nieprawego łoża wiarygodne granie roli najbardziej zagorzałego w świecie promotora i ambasadora monarchii dziedzicznej. Wystarczająco dużo ludzi już wie, że doszło do profanacji- i łoża i tronu.

Elity amerykańskie wypracowały właśnie model wyborczy, w którym już zawsze będą wygrywać. Bez względu na wolę głosujących. Podobnie jak za pomocą korporacji i lobbystów wypaczyły i wykorzystały system kapitalistyczny do maksymalizacji własnych zysków, wywłaszczenia z majątków klasy średniej, wykorzystania funduszy państwowych do ratowania własnych biznesów (jak miało to miejsce w 2008 r.), a jednocześnie do zablokowania jakiejkolwiek możliwość uczciwej konkurencji ze strony mniejszych podmiotów, tak wypaczyły system demokratyczny, nadużywając jego zasad.

Wersja demokracji wykreowana w wyniku działań zdeprawowanego, bezkarnego establishmentu, dysponującego niewyobrażalnymi zasobami finansowymi, ludzkimi, technologicznymi i medialnymi, przekształciła się we własną karykaturę. Dziś już wiemy, że albo wróci (zostanie zawrócona) do korzeni, do swoich podstawowych zasad, do prawa, uczciwości, pełnej transparentności i na nowo umożliwi wpływ demosu na losy państw, albo musi przekształcić się w dyktaturę oligarchii, a w konsekwencji w tyranię zdemoralizowanych, zachłannych elit.

SAD

Ameryka traci twarz i pozycję hegemona

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych obnażyły wszystkie słabości systemu demokratycznego jako takiego. Pokazały nieefektywność i bezwład systemów kontrolnych mających stać na straży prawidłowego przebiegu jednego z najważniejszych aktów wyborczych XXI wieku. Udowodniły, że eksperci, media, służby specjalne i system sądowniczy nie są w stanie przeszkodzić w przeprowadzeniu operacji, zdawałoby się, niewykonalnej a kompromitującej hegemona. Niedowiarkom wykazano, że można bezkarnie dokonać bezprecedensowego fałszerstwa na oczach świata i nikt z globalnych obserwatorów nie kiwnie nawet palcem. Bo w czyim miałoby to być interesie?

Foto: Pixabay

Noc wyborcza z 3 na 4 listopada 2020 r. była nocą cudów. Wstępne wyniki dawały zwycięstwo dotychczasowemu prezydentowi, który wyraźnie wygrywał w newralgicznych stanach takich jak Floryda, Ohio, Iowa. W stanach wahających się, takich jak Pensylwania, Michigan, Wisconsin, Georgia Donald Trump miał przewagę kilkuset tysięcy głosów w każdym z nich- najmniejszą ok. 112 tys. głosów w Wisconsin, ponad 290 tys. głosów w Michigan, 365 tys. głosów w Georgii i prawie 700 tys. głosów w Pensylwanii. I nagle wstrzymano liczenie głosów w tych stanach, jednocześnie wypraszając obserwatorów republikańskich i przedstawicieli mediów. To co nastąpiło potem możemy określić magią wyborów. Lawinowo przybywało głosów na Joe Bidena w ilościach wystarczających, żeby wyprzedzić dotychczasowego lidera.

Zgodnie z oficjalnie podawanymi danymi wybory w USA wygrał Joe Biden uzyskując bezprecedensowe 81 milionów głosów! To o ponad 12 milionów więcej od rekordowych 69 milionów jakie uzyskał Barack Obama w 2008 r.

Już 4 listopada było wiadomo, że z prezydenckimi wyborami  jest coś nie tak. W powyborczą środę Donald Trump w oświadczeniu wygłoszonym z Białego Domu powiedział: „To jest oszustwo dokonane na amerykańskim społeczeństwie. To jest wstyd dla naszego kraju. Wygraliśmy te wybory.” Zaledwie 4 dni po wyborach kilka kluczowych stacji telewizyjnych, w tym Fox News ogłosiło Joe Bidena zwycięzcą wyborów 2020 r. Do działań nad wyjaśnieniem fałszerstw wraz ze sztabem prawników w imieniu prezydenta Trumpa został oddelegowany był burmistrz Nowego Jorku, znany prawnik, Rudy Giuliani. Podczas wysłuchań przed komisjami parlamentów poszczególnych stanów, co do których zachodziły poważne podejrzenia zaistnienia znaczących nieprawidłowości, zdołał przedstawić wielu zaprzysiężonych świadków, ekspertyz, potwierdzonych dokumentów. Media obiegł film z komisji wyborczej w stanie Georgia z wyjmowanymi spod przykrytego obrusem stołu walizkami pełnymi kart wyborczych, zliczanymi potem potajemnie pod nieobecność republikańskich obserwatorów i mediów.  

Lista i skala nieprawidłowość w wymienionych powyżej stanach została przedstawiona m.in. w raportach Petera Nawarro, niedawno opublikowanym 270 stronicowym raporcie prokurator Sidney Powell, w szeregu informacjach i zestawieniach zaprezentowanych przez prawników Giulianiego, czy skierowanym do Sądu Najwyższego pozwie Stanu Texas, do którego dołączyło ponad 20 innych stanów i ponad 100 amerykańskich kongresmenów. Raport dotyczący wpływu obcych państw na proces wyborczy w USA miał zostać przygotowany i przedstawiony przez Johna Ratcliffe’a dyrektora Wywiadu Narodowego, jednak publikacja tego dokumentu została przełożona na początek stycznia 2021 r.

Dla prokuratora generalnego i szefa Departamentu Sprawiedliwości Willama Barra nie były to powody wystarczające do podjęcia jakichkolwiek działań sprawdzających przez podległe mu służby, w tym FBI. Nie wszczęto śledztw, nie przejęto maszyn wyborczych, nie wiadomo co dzieje się z serwerami, które we Frankfurcie i Barcelonie miały zliczać głosy w amerykańskich wyborach. Bez audytu tych urządzeń i bez weryfikacji kart do głosowania wraz z podpisami w każdym ze stanów, w którym zachodzi podejrzenie znaczącego wyborczego fałszerstwa, na przyszłego rezydenta Białego Domu padnie nieusuwalny cień fałszywej elekcji. Legalność jego wyboru a co za tym idzie jego wiarygodność już zawsze będą poddawane w wątpliwość.

Sądy poszczególnych stanów również nie były zainteresowane zbadaniem i wyjaśnieniem bezprecedensowego fenomenu zwycięstwa Sleepy Joe Bidena. Takiego zainteresowania nie wykazał jak dotąd także Sąd Najwyższy USA.

W międzyczasie na światło dzienne wychodziły powiązania rodziny Bidenów z chińskimi politykami, przedsiębiorcami i służbami specjalnymi, afery finansowe i skandale obyczajowe Huntera Bidena, ukrywane dotąd skrzętnie przez służby specjalne i media. Politycy Partii Demokratycznej,  ale nie tylko, mieli być powiązani z chińskim biznesem i szpiegami. Głównym inwestorem w firmę będącą właścicielem maszyn wyborczych zliczających głosy w 28 stanach (wpłata 400 milionów dolarów na kilka tygodni przed wyborami) miała być Komunistyczna Partia Chin za pośrednictwem instytucji finansowych, w których mają udziały chińskie banki i spółki.

Pomimo niezwykle buńczucznych zapowiedzi wygłaszanych w odezwach do narodu i na Twitterze, prezydent Trump zdawał się nie wykorzystywać wszystkich dostępnych mu narzędzi i posiadanych prerogatyw, w celu wyjaśnienia wszelkich wyborczych nieprawidłowości. Nie ma audytów maszyn wyborczych, nie ma audytów kart do głosowania i podpisów, nie ma audytu frankfurckich i barcelońskich serwerów, nie został powołany prokurator specjalny, którego celem byłoby zebranie wszelkich dostępnych dowodów związanych z procesem wyborczym i przedstawienie ewentualnych aktów oskarżenia. Prezydentowi supermocarstwa pozostało wezwanie swoich rodaków do Waszyngtonu na 6 stycznia 2021 r. Po co? Nie wiadomo.

Jednym z haseł z którymi do wyborów szedł Donald Trump była obietnica osuszenia waszyngtońskiego bagna. Ataki i manipulacje mediów głównego nurtu, cenzura w mediach społecznościowych, bierność i strachliwość amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, indolencja służb specjalnych, wreszcie zdrada część własnego obozu politycznego łącznie okazały się przeszkodami zbyt potężnymi do pokonania. Bagno jest zbyt wielkie, żeby stawił mu skutecznie czoła nawet lider Wolnego Świata. Człowiek dysponujący najpotężniejszą armią, arsenałem nuklearnym, służbami specjalnymi, sztabem ekspertów, doradców i prawników wydawał się bezradny jak dziecko wobec bezwzględności systemu schyłkowej amerykańskiej demokracji.

„Wszyscy wiedzą, że wybory sfałszowano, jednak Trump jest zbyt słaby, żeby tego dowieść”- to echa komentarzy, jakie pojawiają się w powyborczych dyskusjach. Liczy się siła, bezwzględność, konsekwencja, nieustępliwość, nieograniczone zasoby i brak moralnych zasad. Wtedy demokracja, system prawny, procedury, uczciwość czy prawda nie mają znaczenia. To skuteczność jest miarą prawdy. Choćby i wbrew faktom.

Gdyby fałszerstwo wyborcze zostało potwierdzone sądownie, to biorąc pod uwagę jego złożoność i skalę, w Ameryce musiałoby dojść do politycznej czystki, musiałby się posypać długoletnie wyroki za udział w fałszerstwie, współpracę z obcymi państwami na szkodę USA, a być może także za zdradę stanu. W terenie i na Kapitolu musiałoby spaść wiele głów. A tak wystarczy, że spadnie jedna- głowa prezydenta Trumpa. Establishment i główne media nie będą po nim płakać.

Ameryka traci twarz, traci wiarygodność. Nie będąc w stanie obronić demokracji na własnym podwórku traci moralne prawo do globalnej dystrybucji i asekuracji systemu społeczno-politycznego, którego była światowym gwarantem. Zatwierdzając karykaturalną postać procesu wyborczego, zamiast liderem wolnego świata musi stać się jego pośmiewiskiem. Sąd już tylko krok do utraty dominacji w sferze gospodarczej i monetarnej. Po klęsce wizerunkowej nastąpi przyspieszony proces upadku dolara jako waluty rezerwowej świata i utrata pozycji hegemona. To będzie realna cena powszechnej akceptacji wyborczego fałszerstwa. Zapłacą ją również wszystkie państwa funkcjonujące w ramach liberalnych demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu. Przypieczętowanie fałszerstwa wyborczego w USA będzie przypieczętowaniem końca obydwu tych systemów- kapitalizmu i demokracji w ich dotychczasowych formach.

Dawniej mówiło się, że Chińczycy potrafią podrobić wszystko, każdy produkt. W przypadku amerykańskich wyborów przeszli samych siebie. Rękoma skorumpowanych elit, przy bezczynności służb specjalnych, poparciu BigTech i głównych mediów wyprodukowali podróbkę amerykańskiego prezydenta. To, że osoby na najwyższych stanowiskach w Waszyngtonie od 20 stycznia będą mogły funkcjonować wyłącznie na chińskiej licencji zdaje się nie przeszkadzać liderom Zachodu. Gratulacje „prezydentowi elektowi” przesłali wszyscy, wliczając papieża Franciszka.

Roma locuta, causa finita.

SAD