Jak tu jest, i jak nam się wydaje, że jest

Jeśli porozmawiać z mieszkańcami Łaskarzewa, kilka tematów pojawia się bardzo często. Przede wszystkim łaskarzewiacy stawiają pytania: „dlaczego nic tu się nie dzieje?” „dlaczego nie ma nowych inwestycji?”, „jeśli już jakieś są, to dlaczego nie na Kępkach, Pasterniku, w Małpim Gaju, Alejkach, czy na terenach dawnego Świtu?” I „dlaczego nie powstają tu nowe, prężne firmy, nowe miejsca pracy?”

Foto: SAD

Łaskarzew trudno jest dziś zdefiniować. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu i dawniej było to prężnie funkcjonujące miasteczko rzemieślnicze i handlowe różnych branż, skupione wokół produkcji obuwia, z dużą liczbą małych sklepików, dominującym zakładem produkcyjnym Pollena, dwiema szkołami, przedszkolem, młynem, piekarnią, klubem sportowym i parafią. Działało Kino Promnik, Klub Bajka, Restauracja Rycerska. Ludzie pracowali niezwykle ciężko, ale żyło im się godnie i dostatnio. Każdy, kto tylko chciał podjąć pracę mógł to zrobić, i naprawdę przyzwoicie zarabiać.

Obecnie poza nową stacją benzynową, dwiema większymi stacjami obsługi pojazdów, fabryką opakowań, Polleną i rozbudowaną firmą  „K.W.S. Żabczyńscy” pozostało dosłownie kilka większych zakładów produkcji obuwia. Drobni producenci i ich podwykonawcy musieli zamknąć działalność. Podupadły sklepy obuwnicze. Sklepikom spożywczym wiedzie się równie kiepsko po uruchomieniu marketu przy Warszawskiej, a następnie Biedronki na Pasterniku.

Brak gospodarki, brak kultury, brak tożsamości

W Łaskarzewie udało się skutecznie wygasić i handel i rzemiosło. Przez ponad 30 lat nie udało się jednak uruchomić żadnej innej gałęzi gospodarczej, dzięki której nasze miasteczko zyskałoby należną pozycję ekonomiczną, a mieszkańcy nowe miejsca pracy. Gdy nie ma dobrze funkcjonującej gospodarki, nie może rozwijać się kultura, czego Łaskarzew jest przykładem idealnym. Brak silnej gospodarki skutkuje brakiem kultury, a co za tym idzie, niemożnością odbudowania tożsamości miasta.

O to, dlaczego zamiast fabryki Sante zatrudniającej kilkuset pracowników jak w Sobolewie, mamy wysypisko śmieci w Dworskiej Choinie (Najbardziej opłacalnym towarem miały być śmieci), gdzie tak naprawdę nie wiadomo co jest składowane – należy zapytać poprzednich włodarzy. O to, dlaczego tężnia solankowa powstała na Rynku Głównym, zamiast w Małpim Gaju albo w Alejkach, i dlaczego nie potrafiono wybudować prawidłowo tak prostego obiektu w sposób, który zapewniłby prawidłowe funkcjonowanie – należy pytać obecnie urzędującą burmistrz Annę Laskowską.

Dlaczego nie może być lepiej?

Dlaczego nasze miasto, pomimo posiadania unikalnej lokalizacji, bliskości komunikacji kolejowej, dostępu do jednej z najczystszych niegdyś rzek w Polsce, otaczających miasteczko terenów leśnych, bliskości Warszawy, oraz wielu naprawdę zdolnych mieszkańców, stacza się po równi pochyłej? Dlaczego zamiast rozwoju obserwujemy postępującą degradację miasteczka, które mogłoby funkcjonować i wyglądać kwitnąco?

Wbrew pozorom odpowiedź jest niezwykle prosta: Łaskarzew, jako miasto, nie posiada niczego do zaoferowania potencjalnym inwestorom, oraz własnym mieszkańcom. Łaskarzew, jako miasto (a co za tym idzie – mieszkańcy) nie jest właścicielem żadnych strategicznie istotnych obiektów i nieruchomości, które mogłyby wpływać na rozwój naszej miejscowości. Poza budynkiem Urzędu Miasta, oczywiście.

Jakkolwiek wielu łaskarzewiakom wydaje się, że „Miasto DUŻO może”, okazuje się, że „Miasto nie może NIC”, poniważ nie jest właścicielem NICZEGO.  

Nie wierzycie drodzy łaskarzewiacy?

Zatem po kolei… Strategiczne z punku widzenia funkcjonowania i rozwoju miasta nieruchomości: Alejki, dawne Ligówki (dawne boisko piłkarskie), Kępki, Pasternik (przy rzece nadal prawie cały), Małpi Gaj, tereny nad rzeką przy zakładzie kamieniarskim, okoliczne lasy i łąki – wszystko to w swoich rękach trzyma i od lat korzyści czerpie Spółka Dla Zagospodarowania Wspólnoty Gruntowej w Łaskarzewie, zwana potocznie „Wspólnotą Gruntową”. Miasto Łaskarzew palcem nie może kiwnąć w sprawie tych gruntów bez zgody grupy „leśnych dziadków”, w środowisku których dobrze osadzeni są byli burmistrzowie Miasta Łaskarzew – tak, to nie żart.

Dalej… Dawne Kino Promnik, pomieszczenia Klubu Bajka i Biblioteki Miejskiej, pomieszczenia nad Bajką – wszystko to należy do prywatnego Stowarzyszenia Ochotnicza Straż Pożarna w Łaskarzewie, które traktuje zachowuje się jak zarządcy prywatnego folwarku. Popis wiedzy, stosunku do wspólnoty lokalnej i „społecznikowskiej postawy” dał niedawno starszy brygadier Dariusz Sadkowski podczas XLII Sesji Rady Miasta. Z jego wypowiedzi wynika wprost, że „miasto musi, ale nic nie może”.

Tereny dawnego Ośrodka Wypoczynkowego Świt oraz budynki dawnej Restauracji Rycerska i rozlewni oranżady znajdują się w dyspozycji prywatnych właścicieli.

I na koniec „truskaweczka na torcie”: zlokalizowana w Alejkach łaskarzewska Stodoła. Tu rządzą i dzielą Serbianki, czyli kolejne stowarzyszenie prywatne Koło Gospodyń „Serbianki” w Łaskarzewie, które włada stodołą. Serbianki stodołą władają, ale większość rachunków przez lata opłacał Urząd Miasta, czyli wszyscy łaskarzewiacy.

Mieszkańcy „miasta zdolnych ludzi” muszą sobie radzić „w krainie prywatnych spółek i stowarzyszeń”. O układach nieformalnych nie wspominając.

Sławomir Danilczuk

Pamięci mojej mamy Teresy Danilczuk- pożegnanie prywatne

Jeśli mógłbym opisać życie mojej mamy używając tylko dwóch słów byłyby to: poświęcenie i niezależność.

Poświęcenie – słowo z pewnością nieobce wszystkim, którzy urodzili się w czasie zawieruchy wojennej albo tuż po niej. Moja mama, Teresa, nazywana przez wszystkich z rodziny i znajomych Janeczką, urodziła się jako siódme, najmłodsze dziecko Marianny i Feliksa Łubów w ostatnim dniu marca 1941 roku w Łaskarzewie.

O niezależność w czasach powojennych, a tym bardziej w czasach współczesnych, było i jest znacznie trudniej.

Będąc dzieckiem tak bardzo chciała się uczyć, że babcia (jej mama) musiała przekonać dyrektorkę szkoły, żeby drobną dziewczynkę z warkoczykami przyjęła do pierwszej klasy o rok czy dwa lata wcześniej niż wynikało to z metryki urodzenia. Zeszyty z lat szkolnych mojej mamy, które zachowały się do dziś, wyglądają jak doskonałe kaligrafie. Jak wydruki z komputera czcionką Lucida Calligraphy w zeszytach w linie z lat 50-tych. Lekcje, podobnie jak większość dzieci w tamtych czasach, często odrabiała na parapecie przy lampie naftowej. Benedyktyńska robota. Dziś trudno uwierzyć, że można było tak prowadzić zeszyty do polskiego, historii, biologii czy francuskiego. Poświęcenie nauce.

Pod koniec lat ’50 Teresa Janina z domu Łuba ukończyła Liceum Ogólnokształcące w Sobolewie, następnie Technikum Ekonomiczne w Garwolinie. W połowie lat 60-tych rozpoczęła pracę jako księgowa w łaskarzewskim GeEsie, gdzie przepracowała niemal 30 lat. Poświęcenie pracy.

Występy publiczne w dzieciństwie, recytacje, zamiłowanie do śpiewu i tańca, ironiczne i abstrakcyjne poczucie humoru, artystyczne zacięcie – niewielu z obecnych znało moją mamę z tej właśnie strony. Ja mogłem się o tym przekonywać latami aż do ostatnich dni jej długiej choroby. Często rozmawialiśmy o życiu, o zasadach, o rodzinie, o polityce. O polityce potrafiła rozmawiać godzinami.

Bardzo wspierała mnie w moich ostatnich projektach, była bardzo dumna z kolejnych publikacji. „Mów do ludzi, mów prostym językiem, przekazuj dokładnie to o co ci chodzi, bez wydziwiania” – strofowała mnie przed pierwszym wywiadem przed kamerą.

W młodości lubiła podróżować. Często odwiedzała swoje siostry i brata w Warszawie. Tu mogła pracować, osiedlić się, miała „propozycje pracy i zamieszkania” – jak wówczas mawiano. Wybrała Łaskarzew, gdzie przeżyła ponad 80 lat.

W ostatnim tygodniu przed śmiercią marzyła, żeby wrócić do swojego domu, gdzie czuła się najlepiej. „W domu sobie ugotuję to co lubię (gotowała rewelacyjnie) i wreszcie się wyśpię, odpocznę” – mówiła. „Dla mnie Łaskarzew jest jak Paryż” – dodała, a ja słuchałem oniemiały.

Po ukończeniu technikum chciała studiować prawo. Podjęła działania w tym kierunku. Trudna sytuacja powojenna i okoliczności rodzinne spowodowały, że Teresa Janina nie mogła realizować swoich zawodowych pasji. Życie napisało inne scenariusze.

Poświęciła się rodzinie, wychowaniu synów. Tu jej oddanie przekraczało często poczucie zdrowego rozsądku. Swoim dzieciom poświęcała się bez reszty.

Gdy była w pełni sił, pełna energii, na Janeczkę mógł liczyć każdy – siostry, brat, kuzyni i ich rodziny. Janeczka doradzała i pomagała wszystkim – potrafiła pomóc każdemu. Do Janeczki zawsze można było przyjść, na Janeczkę zawsze można było liczyć. Była jednoosobowym rodzinnym biurem doradczym ds. rozwiązywania spraw trudnych i niemożliwych. Poświęcenie rodzinie.

Pomimo samotnego wychowywania dwóch niesfornych chłopaków, Janeczka znajdowała czas, żeby opiekować się swoimi wiekowymi rodzicami do końca ich dni – ukochanymi mamą i tatą.

Zawsze chciała żyć po swojemu, na swoich zasadach. „Nie być zależną od nikogo” – powtarzała. Nie lubiła kompromisów, nie chciała chodzić na skróty, nie zwracała uwagi na plotki i szepty. „Niech sobie gadają” – mówiła. Wiedziała swoje.

Często jednak górę brały poświęcenie i obowiązek – przede wszystkim wobec dzieci ale też swoich drogich rodziców. W ostatnich dniach, gdy leżała w szpitalu poważnie chora, mówiła mi, że idzie spotkać się właśnie z nimi.

Wieloletnia, bolesna choroba nie przeszkodziła jej w zachowaniu pogody ducha, ironicznego poczucia humoru. Nie zrezygnowała przy tym z korzystania z całej palety ciętych uwag i surowych ocen, których zdarzało jej się nadużywać. Podobnie jak kawy i papierosów – nie potrafiła z nich zrezygnować.

Pan Bóg pozwolił, że gdy odchodziła, spokojna i pogodzona, mogłem trzymać ją za rękę. Zmarła w poniedziałkowy wieczór, 26 lipca 2021 r.

Kocham Cię, mamo. Odpoczywaj w pokoju.

PS.

Pragnę podziękować mojej rodzinie, najbliższej i dalszej, za nieustające wsparcie i troskę, jakimi obdarowali moją mamę, zwłaszcza w ostatnich latach jej choroby.