Totalitaryzm albo wojna- dylemat generałów

„Obywatele Ameryki pokładają zaufanie w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, które bronią zarówno ich jak i Konstytucji od prawie 250 lat.”- oświadczyło Kolegium Połączonych Szefów Sztabów w memorandum wystosowanym po ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Głównodowodzący wojsk amerykańskich zapewnili jednocześnie, że „będą przestrzegać rozkazów wydawanych przez dowództwo cywilne (…) aby chronić życie i mienie, zapewnić bezpieczeństwo publiczne (…) bronić i chronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych przez wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi.” Okoliczności towarzyszące wyborom prezydenckim w USA mogą wskazywać, że wypełniając rozkazy nowej władzy cywilnej po zaprzysiężeniu Joe Bidena na urząd prezydenta wojsko amerykańskie będzie zmuszone sprzeniewierzyć się zapisom Konstytucji, a głównym wrogiem armii staną się obywatele własnego kraju.

Fot. Departament Obrony USA

Zgodnie z wielokrotnymi zapewnieniami urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych wybory w 2020 r. zostały sfałszowane. Pomimo setek zaprzysiężonych świadków, dowodów prezentowanych przez prawnika Rudyego Giulianiego, dziesiątek ekspertyz przedstawionych w totku przesłuchań w Izbach Reprezentantów kilku stanów jak Pensylwania, Michigan, Georgia czy Arizona, raportów Petera Navarro i Sidney Powell oraz statystycznie niemożliwych do uzyskania wyników, sztab wyborczy Donalda Trumpa nie uzyskał możliwości przedstawienia swoich tez ani przed sądami stanowymi, ani przed Sądem Najwyższym. Pomimo publicznie złożonej obietnicy przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zarzuty wyborcze nie zostały wysłuchane również w Kongresie 6 stycznia pod pretekstem szturmu na Kapitol, o inspirację do którego obwiniany jest obecnie Trump. Odpowiedzi w sprawie wyborczych fałszerstw i ewentualnego wpływu obcych państw na ich wynik z pewnością nie uzyskamy za kadencji duetu Biden-Harris, tak jak nie dowiemy się nic nowego o zawartości komputerów Huntera Bidena, aferze spółki Burisma czy o agentce Fang Fang.

Z najnowszego oświadczenia John’a Ratcliffe’a Dyrektora Narodowego Wywiadu wynika, że „Chiny chciały wpłynąć na wynik wyborów w USA w 2020 r.” Jeżeli im się to udało, na co może wskazywać wiele bezpośrednich dowodów, chińskich inwestycji, związków z chińskimi biznesmenami, politykami, czy szpiegami, oznacza to, że Chińska Partia Komunistyczna będzie miała rozstrzygający, decydujący wpływ na dwie największe gospodarki i dwie najpotężniejsze armie świata – własną i amerykańską.

Dowództwo sił zbrojnych USA musi być w posiadaniu informacji dotyczących realnej skali wyborczych nieprawidłowości. Z pewnością dysponuje również stosownymi analizami i projekcjami ukazującymi możliwe dla gospodarki i obronności Stanów Zjednoczonych skutki infiltracji urzędników na najwyższych szczeblach władzy przez obce mocarstwo.  

Sztab Joe Bidena jak dotąd nie wyjawił tajemnicy uzyskania rekordowych 81 milionów głosów bez konieczności prowadzenia jakiekolwiek kampanii wyborczej.  

Popierające Demokratów medialne i technologiczne korporacje wskazały kierunek rozwoju nowej formuły funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Cenzura funkcjonująca w mediach głównego nurtu i wprowadzona w mediach społecznościowych po certyfikacji przez Kongres Joe Bidena na urząd prezydenta narusza pierwszą poprawkę do Konstytucji, zakazującą ograniczeń wolności słowa i prasy. Zmowa gigantów dotyczy i swobody wypowiedzi poczynając od głowy państwa, aktywnych polityków a skończywszy na zwykłych obywatelach, oraz firm mogących służyć wymianie informacji, takich jak Parler, która została doprowadzona do bankructwa zaledwie w kilka dni.

Bezpośrednio zagrożona może być również druga poprawka do Konstytucji. Prawo do posiadania broni, od lat kwestionowane przez środowiska popierające Demokratów, może zostać znacząco ograniczone chociażby w wyniku inspirowanych zamachów z użyciem broni palnej czy prowokacji, jak ta z 6 stycznia na Kapitolu, w której aktywny udział brali bojówkarze Antify i Black Lives Matter.

Politycy Partii Demokratycznej już wcześniej zapowiadali modyfikację poprawki dwunastej, opisującej metodę przeprowadzania wyborów prezydenta Stanów Zjednoczonych, odbywających się w oparciu o system głosów elektorskich od 1804 r. System głosowania bezpośredniego ma zapewnić Demokratom zwycięstwo w następnych elekcjach, o ile takowe będą jeszcze w przyszłości potrzebne.

Ostatniego słowa nie powiedział jeszcze projekt pandemiczny COVID-19 i kolejne jego ewolucje. Z jednej strony stał się pretekstem do zwiększenia udziału głosów oddanych drogą korespondencyjną w wyborach 2020 r. do 62 milionów z 30 milionów w 2016 r. Z drugiej pozbawił pracy i biznesów miliony małych i średnich przedsiębiorców. I nadal wydaje się być idealnym narzędziem do wprowadzania kolejnych ograniczeń praw i swobód obywatelskich. Ameryka, z uwagi na wolnościowe tradycje i powszechny dostęp do broni, prawdopodobnie będzie przeciwstawiać się dłużej. Przykład Francji i 17 innych państw europejskich (m.in. Belgia, Czechy, Grecja, Hiszpania, Rumunia, Włochy), gdzie wprowadzono godzinę policyjną pokazuje, że cywilizowany Świat Zachodu zmierza w kierunku rozwiązań totalitarnych.

Rujnujące amerykańską gospodarkę, redefiniujące politykę energetyczną i strukturę społeczno-demograficzną oraz osłabiające międzynarodową pozycję Stanów Zjednoczonych pomysły prezentowane przez nową administrację Demokratów muszą przywodzić na myśl najczarniejsze scenariusze. Większość w obydwu izbach Kongresu i brak ograniczeń instytucjonalnych pozwoli lewicowym ideologom przebudowywać ostoję wolności na wzór modelu chińskiego.

Jakiego zatem społeczeństwa, której wersji Konstytucji, Ameryki pod czyim faktycznym przywództwem będą bronić wojska USA po 20 stycznia 2021 r.? Skąd realnie popłyną rozkazy, które zobowiązani będą wykonywać generałowie Kolegium Połączonych Szefów Sztabów?

Jeśli komukolwiek nadal się wydaje, że uniemożliwienie publicznych wypowiedzi urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych na Twitterze i w innych mediach, usuwanie pomników amerykańskich prezydentów z przestrzeni publicznej, aktywne próby łamania karier politykom i biznesmenom, wymazywanie historii Donalda Trumpa, jego zdjęć i dokonań z rejestrów agencji prasowych pod byle pretekstem jest „szokujące”, „niewiarygodne”, „bulwersujące”, „oburzające” to znaczy, że ciągle nie zdołał wczuć się w ducha Nowych Czasów. W ducha Nowej Normalności. Logika zainicjowanych w rzeczywistości pandemicznej wydarzeń podsuwa nam projekcje i obrazy, które w najbliższych kilku latach swoją śmiałością, rozmachem, bezwzględnością i okrucieństwem mogą przyćmić barbarzyństwa wojenne, okupacyjne i obozowe czasu II wojny światowej. Nie tylko w Stanach ale i w Europie. Już wkrótce, za 2- 3 lata, może nawet szybciej. To nieunikniony etap Rewolucji Pandemicznej (Globalnego Resetu), okrutny, morderczy ale konieczny, jak ma to miejsce w każdej rewolucji zmieniającej formę i bieg świata. Zbyt śmiała antycypacja?

Administracja prezydenta Trumpa poczytuje sobie za sukces, że w trakcje jego czteroletniej kadencji Stany Zjednoczone nie wszczęły jakiejkolwiek nowej wojny nigdzie na świecie. Jeśli na najwyższy urząd w państwie zostanie zaprzysiężony Joe Biden, pierwszą totalnym konfliktem jaki będzie musiała podjąć nowa administracja będzie batalia z własnym narodem – z jego większością. A że jest to społeczeństwo bardzo dobrze uzbrojone, wojna zapowiada się naprawdę krwawa. I będzie to wojna o światowy prymat, o globalne przywództwo Chin rozegrana z wykorzystaniem amerykańskich elit i sił zbrojnych przeciwko USA. Na amerykańskiej ziemi.

Odsuwając na bok teorie spiskowe musimy zauważyć, że jeszcze przez kilka dni głównodowodzący amerykańskiej armii będą mieli realny wybór: czy podjąć walkę z zyskującym dominującą pozycję wrogiem zewnętrznym oraz wspierającymi go elitami wewnętrznymi, czy też stanąć w obronie elit i być zobligowanym, zgodnie z obowiązującym prawem, do ruszenia na wojnę z własnym narodem. I przyczynić się do zniszczenia Cywilizacji Zachodu.

Po 20 stycznia 2021 r. takiego wyboru nie będzie.

SAD

Kwiatowa rewolucja w USA

Polowanie na krwawego dyktatora zostało rozpoczęte. Komentarz po ostatnich zajściach w Waszyngtonie mógłby być ironiczny, sarkastyczny, kpiarski, może miejscami nawet zabawny. O karykaturalnym końcu amerykańskiej demokracji. O tym, że facet w futrzanej czapce z krowimi rogami na głowie wraz z kilkunastoma zarośniętymi kumplami zdobył amerykański Kapitol w trakcie jednej z najważniejszych debat Kongresu ostatnich kilkudziesięciu lat. O tym, że zapuszczony facet z kolczykiem w nosie nakłada 12 godziną cenzurę na konto twitterowe urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych obserwowane przez niemal 90 milionów osób. Jego kolega po fachu, jeden z gości na wyspie Epsteina, nakłada zakaz publikacji jakichkolwiek treści przez amerykańskiego imperatora w najpopularniejszych na świecie portalach społecznościowych.

Foto: Twitter

Teatr odgrywany przed amerykańską i międzynarodową publiką ma więcej wspólnego z kwiatową rewolucją w krajach arabskich niż z rewolucją dzieci-kwiatów lat ’60 i ’70. Tylko czekać aż znienawidzony tyran zostanie widowiskowo pojmany, znieważony, upokorzony a może i unieszkodliwiony na dobre. Jak Hussein i Kaddafi- naczelni wrogowie demokracji.

W tekście opublikowanym 5 października napisałem:

Nowy porządek w Ameryce miał się opierać na podziale, bezprawiu, chaosie i propagandzie. Powtórka scenariuszy kolorowych i kwiatowych rewolucji z Bliskiego Wschodu i Afryki widoczna jest w sposobie prowadzenia wojny z reżimem Trumpa. Doświadczone, wyspecjalizowane kadry organizatorów, koordynatorów i egzekutorów zamiast prażyć się w afrykańskich piaskach pustyni, mogą się teraz wykazać na miejscu. Wszczynanie rewolucji to ich chleb powszedni.*

Polowanie na największego wroga demokratycznej Ameryki– Donalda Trumpa – zostało oficjalnie rozpoczęte. Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi zaapelowała właśnie do wiceprezydenta Mike’a Pence’a o uruchomienie procedury usunięcia prezydenta z urzędu w trybie 25 poprawki do Konstytucji. W przypadku braku reakcji ze strony zastępcy Trumpa, spiker Pelosi zagroziła wszczęciem kolejnego impeachmentu. Na dwa tygodnie przed przekazaniem urzędu zatwierdzonym właśnie przez Senat Joe Bidenowi i Kamali Harris. Podstawą tych decyzji ma być wtargnięcie do niewystarczająco dobrze chronionego przez służby porządkowe Kongresu grupy zwolenników MAGA. Strach wśród przeciwników amerykańskiego prezydenta musi być ogromny, skoro są oni gotowi doprowadzić do publicznego upokorzenia przywódcy własnego państwa. Przykład niepokornego Trumpa ma działać wychowawczo i odstraszająco dla wszystkich potencjalnych przeciwników nowych globalnych porządków- jeśli można publicznie zlinczować lidera „wolnego świata” to można zlinczować każdego.

Jeżeli dojdzie do wykorzystania zapisów 25 poprawki to „najlepszy prezydent Stanów Zjednoczonych” przejdzie do historii jako niepoczytalny awanturnik. Trump nie tylko musi odejść, ale musi odejść w niesławie. Musi zostać zniszczony wraz z legendą jaką wokół siebie przez lata zbudował.

Show must go on!

Wtargnięcie kilkudziesięciu awanturników do budynku Kongresu przerwało serię oficjalnych obiekcji zapowiedzianą przez grupę 12 republikańskich senatorów i ponad 140 członków Izby Reprezentantów. Senator Ted Cruz zgłosił wniosek o utworzenie specjalnej komisji, która miałaby przez 10 dni badać sprawę nadużyć, nieprawidłowości i fałszerstw w co najmniej 6 stanach. Wyniki prac tej komisji mogłyby zaważyć na wyniku wyborczym na najważniejszy urząd w państwie. Szturm Kongresu miał być bezpośrednim powodem natychmiastowego przerwania obrad. Dał też pretekst do wycofania obiekcji przez senatorów, w tym samego Cruza. Wystąpienie senackie rezygnującej ze zgłoszenia zastrzeżeń Kelly Loeffler było najlepszą ilustracją upadku Partii Republikańskiej w jej obecnym kształcie. Startująca w wyborach uzupełniających do Senatu, jeszcze dwa dni wcześniej zapowiadała walkę o uczciwe wybory prezydenckie stojąc u boku wspierającego ją Donalda Trumpa. W jednej chwili, z powodu awantury na Kapitolu, pryncypia i praworządność jakimi miała się kierować przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. To była jawna, polityczna rejterada. I zdrada.  

Nikt podobno nie spodziewał się, że sesja połączonych izb amerykańskiego Kongresu mająca prowadzić obrady nad „największym w historii Sanów Zjednoczonych fałszerstwem wyborczym” może zostać przerwana przez wzburzony tłum. Nie spodziewali się tego podobno ani politycy Partii Demokratycznej miesiącami przymykający oko na agresywne akcje bojówkarzy z Antify i Black Lives Matter, którzy latem 2020 bezkarnie podpalali Amerykę. Nie spodziewał się tego podobno sam prezydent Trump, który od kilku tygodni w wystąpieniach publicznych zachęcał swoich zwolenników do przyjazdu pod Kapitol w dniu 6 stycznia 2021 r. Nie spodziewały się tego również siły porządkowe, Gwardia Narodowa, wojsko, agencje wywiadowcze, służby bezpieczeństwa Kongresu.

Pierwsze w historii USA wtargnięcie grupy nieuzbrojonych przebierańców i zwolenników prezydenta Trumpa do siedziby Senatu i Izby Reprezentantów, gabinetów kongresmenów i senatorów okazało się dziecinnie proste po tym jak policjanci ochraniający Kapitol usunęli ogrodzenie i wpuścili protestujących. Wystarczyło wyłamać drzwi, wybić okna i można było wkroczyć do siedziby władz ustawodawczych najpotężniejszego państwa świata. Dziecinada. Wytatuowany facet w futrzanej czapie z bawolimi rogami i dzidą w ręku mógł w pozie triumfu zająć miejsce przewodniczącego izby wyższej Kongresu.

Świątynia amerykańskiej demokracji została zbrukana – a być może uświęcona – przez barbarzyńców, stanowiąc czasową i symboliczną cezurę zmiany dotychczasowego ustroju republikańskiego w fasadową, przejściową demokrację Nowej Normalności.

Z tylko sobie znanych powodów Donald Trump nie chciał uruchomić aktu insurekcyjnego, do czego był publicznie namawiany. Nie skorzystał z całego szeregu dostępnych narzędzi prawnych i instytucjonalnych celem zebrania i wyświetlenia dowodów w sprawie wyborczych fałszerstw, do czego był uprawniony choćby na podstawie własnego dekretu z sierpnia 2018 r. Gra prezydenta USA  o przywództwo stała się zbyt skomplikowana i niejasna nawet dla sporej części popierających go polityków i sympatyków. Prawdopodobnie dlatego inscenizacja przewrotu politycznego na Kapitolu został uruchomiona i przeprowadzona za niego, w formie karykaturalnej. Teraz „rewolucja zwolenników Trumpa” będzie wykorzystywana i rozgrywana na wszystkie możliwe sposoby. Przeciwko niemu samemu i jego zwolennikom.

Jeśli Donald Trump chciał zmienić wynik sfałszowanych w jego mniemaniu wyborów prezydenckich musiał zdawać sobie sprawę, że da się tego zrobić tylko za pomocą buńczucznych wypowiedzi na spotkaniach wyborczych i twitterowych wpisów. W tym celu potrzebne były realne działania proporcjonalne do skali sugerowanych oszustw i rangi zaangażowanych w nie osób. Tego zabrakło.

Trump nie zdecydował się wywrócić układu z użyciem przysługujących mu narzędzi i praw. Nie zdołał osuszyć bagna. Zatem teraz bagno wciąga go i zatapia.

Tymczasem spiskowcy zacierają ślady. Robią to na tyle skutecznie, że dziś już nikt nie pyta o to, jakich fałszerstw dopuszczono się w Pensylwanii, Arizonie, Michigan, Nevadzie, Georgii czy Wisconsin. Nikt nie pyta o ciężarówki wypełnione dziesiątkami tysięcy głosów, przewożonych pomiędzy stanami, o drukowane w Chinach kartach do głosowania, o maszyny firmy Dominion czy serwery zliczające głosy w Barcelonie i Frankfurcie. Nikt nie pyta już o możliwą ingerencję obcych mocarstw w proces wyborczy demokratycznego hegemona. Nikt też nie zadaje pytań o największy w historii Stanów Zjednoczonych cyberatak na systemy komputerowe kluczowych instytucji związanych z bezpieczeństwem, energetyką czy systemami nuklearnymi jaki miał miejsce w połowie grudnia 2020 r. mającym być „preludium do wojny”. Nikt też nie zadaje pytań o potężną eksplozję pod siedzibą firmy AT&T w Nashville w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 2020 r. Nikt nie łączy już tych wydarzeń z wyborami prezydenckimi 2020. Nikt też nie zadaje pytań o nieprawidłowości do jakich mogło dojść podczas wyborów uzupełniających do Senatu w stanie Georgia.

Wszystkie te sprawy zeszły na dalszy plan. Wystarczyło wpuścić do gmachu Kongresu kilkudziesięciu zdezorientowanych protestantów wraz z fotoreporterami, pozwolić na zdemolowanie pomieszczeń, widowiskowo zastrzelić jedną kobietę, żeby wyborcze obiekcje „największego fałszerstwa w historii USA” straciły na znaczeniu, odeszły w niebyt, przestały mieć sens fundamentalny. Nawet dla najtwardszych republikańskich senatorów. Narracje głównego nurtu płyną już w zupełnie inną stronę. Ich fale mają zmyć z pokładu Donalda Trumpa wraz ze wszystkimi jego „niedorzecznymi” zarzutami o największe w historii USA wyborcze fałszerstwo.  

Tuż przed zablokowaniem twitterowego konta prezydent Trump wystąpił z krótkim oświadczeniem: „Mieliśmy wybory. Zostały nam one ukradzione. To były wygrane wybory. Wszyscy to wiedzą, szczególnie druga strona.”

Umarł król, niech żyje król. Cóż z tego, że pochodzenie nowego monarchy jest mocno wątpliwe- trzeba będzie użyć więcej pudru – to wszystko. I tylko do czasu gdy nie zostanie wymieniony przez damę z cienia – Kamalę Harris. A wtedy „Boże chroń Nas przed taką Królową!”

SAD

*Cytat z książki Globalny Bunt Elit. Rewolucja Pandemiczna 2020. Kroniki pandemii.

Foto: Twitter

Król z nieprawego łoża

„Wiem, że wszyscy mamy wątpliwości dotyczące naszych ostatnich wyborów. Chcę was zapewnić, że podzielam obawy milionów Amerykanów dotyczące nieprawidłowości wyborczych. I obiecuję wam: przyjedźcie w tę środę! Będziemy mieli nasz dzień w Kongresie! Wysłuchamy zastrzeżeń, przyjrzymy się dowodom”- oświadczył Mike Pence 4 stycznia  podczas wystąpienia w stanie Georgia. To wiceprezydent Stanów Zjednoczonych stanie na czele obrad połączonych izb Senatu oraz Izby Reprezentantów 6 stycznia, mających zatwierdzić wybór prezydenta kraju. Od sposobu prowadzenia tego posiedzenia i podejmowanych w jego trakcie przez zastępcę Trumpa decyzji może zależeć kto będzie gospodarzem Białego Domu przez kolejne 4 lata.

Foto: Pixabay

Wynik wyborów prezydenckich 2020 roku w USA nadal nie jest przesądzony. Były wiceprezydent Joe Biden otrzymał co prawda wymaganą przez Konstytucję liczbę 270 głosów elektorskich, jednak istnieją poważne podejrzenia dotyczące wyborczych nieprawidłowości i fałszerstw do jakich miało dojść w co najmniej 6 stanach: Arizonie, Georgii, Michigan, Nevadzie, Pensylwanii i Wisconsin. Głosy elektorskie z każdego z tych stanów, tj. łącznie 79 z 306 głosów jakie przyznane zostały Joe Bidenowi są kwestionowane przez prezydenta Trumpa, jego prawników oraz popierających go senatorów i kongresmenów. Stronnicy Donalda Trumpa nie wykluczają spisku wyborczego, do jakiego mogło dojść z udziałem najwyżej postawionych polityków Partii Demokratycznej, Partii Republikańskiej, pracowników administracji, firm dostarczających maszyny i oprogramowanie do zliczania głosów wyborczych, amerykańskich gigantów technologicznych i wielkich mediów, przy aktywnym udziale Komunistycznej Partii Chin, Rosji oraz Iranu. Ma o tym świadczyć raport przygotowany przez szefa Wywiadu Narodowego Johna Ratcliffe’a, który może być przedmiotem debaty członków Kongresu w najbliższą środę.

W trakcie powyborczych medialnych dyskusji ze strony wysokiej rangą byłych oficerów amerykańskiej armii w kierunku obozu Demokratów padły zarzuty o zdradę stanu.

Niektórzy spodziewają się przedstawienia przez zespół Trumpa lub sprzyjających mu polityków szeregu kompromitujących materiałów odnoszących się do sfer obyczajowych, gospodarczych i politycznych, mogących skompromitować najwyższych urzędników i polityków z Waszyngtonu.

Trzymając się procedur formalnych ponad 100 republikańskich kongresmenów zadeklarowało wniesienie obiekcji do wyników wyborczych podczas obrad połączonych izb Kongresu 6 stycznia. Ted Cruz zebrał grupę kilkunastu senatorów, którzy również pisemnie zadeklarowali wniesienie takich obiekcji, co jest warunkiem koniecznym do otworzenia debaty na temat zastrzeżeń w poszczególnych stanach. Senator Cruz zarządzał posiedzenia specjalnej komisji, która w czasie 10-cio dniowej sesji mogłaby się zapoznać z dowodami na nieprawidłowości i wyborczych fałszerstw, co może oznaczać tylko jedno: takich dowodów musi być naprawdę dużo.

Prezydent Trump opierając się na opiniach swojego zespołu prawnego oświadczył dziś, że wiceprezydent Mike Pence dysponuje prawem odrzucenia wszystkich głosów elektorskich, które zostały ustanowione w sposób nielegalny. Dlatego wynik wspólnego posiedzenia Senatu i Izby Reprezentantów nie jest wcale taki oczywisty.

Dalszą walkę o uczciwy wynik wyborów zapowiedział podczas poniedziałkowego wystąpienia w Georgii prezydent Trump. Ponawiał swoje wcześniejsze żądania przeprowadzenia szczegółowego sprawdzenia maszyn do głosowania i prawidłowości składanych podpisów na kartach wyborczych, co do tej pory nie zostało uczynione w kwestionowanych stanach. Wyjątek stanowi audyt maszyn w stanie Michigan, który wykazał duże nieprawidłowości w funkcjonowaniu tych urządzeń. Republikanie liczą na to, że te i cały szereg innych dowodów na wyborcze fałszerstwa będzie mogło być zaprezentowane członkom Kongresu oraz amerykańskiej opinii publicznej w dniu 6 stycznia i w dniach następnych.

Trudno przewidzieć które scenariusze będą realizowane w najbliższych dniach zarówno przez otoczenie prezydenta Trumpa jak i przez pretendującego do urzędu Joe Bidena. Jednego możemy być pewni: to będzie kluczowy moment obecnych wyborów prezydenckich.

Równocześnie do Waszyngtonu zjeżdżają setki tysięcy zwolenników Donalda Trumpa zaproszonych przez niego na dzień 6 stycznia. Aż 80 milionów Amerykanów ma wątpliwości co do uczciwości i legalności sposobu przeprowadzenia ostatnich wyborów prezydenckich, a ponad 60 milionów uważa, że wybory zostały po prostu sfałszowane.

Wyborcy domagają się odpowiedzi na kluczowe pytania co do pojawiających się doniesień, zeznań świadków, anomalii statystycznych graniczących z fantazją. Domagają się pełnej transparentności. Jednak znaczna część amerykańskich elit i dominujących mediów stoi na stanowisku, że wybory się obyły w sposób uczciwy, głosy zostały należycie policzone, elektorzy wybrani i zatwierdzeni, a ich głosy prawidłowo złożone w Kongresie. Nie ma mowy o jakichkolwiek nieprawidłowościach. Żadne śledztwa, procedury sprawdzające, audyty czy weryfikacje nie będą prowadzone. Koniec. Kropka. Umarł król, niech żyje król!

Jeśli Joe Biden prawa do swojej władzy, jej źródła chce wywodzić z demokratycznych wyborów 2020 roku przy obecnym poziomie weryfikacji nieprawidłowości, dla znacznej części amerykańskiego społeczeństwa i wielu liderów światowych będzie nikim więcej niż królem z nieprawego łoża. Tu nie pomoże najlepszy specjalista od wizerunku i dobrych manier, uznany krawiec, światowej sławy fryzjer i makijażystka. Kiedy król imperium jest politycznym bękartem, kiedy jego prawo do tronu u samego źródła jest skażone grzechem wiarołomstwa, oszustwa, zdrady i ojcobójstwa, nawet najbardziej wymyślne dekoracje niewiele pomogą. Król z nieprawego łoża zawsze już będzie politycznym podrzutkiem, a swoją hańbę przeniesie na państwo i naród, które podjął się reprezentować.

Co więcej, jako władca imperium będzie musiał replikować swój grzech zdrady wartości i własnego społeczeństwa na pozostałe państwa, które nadal wierzą w demokratyczne dogmaty. Nie może się udać królowi- ojcobójcy, pochodzącemu z nieprawego łoża wiarygodne granie roli najbardziej zagorzałego w świecie promotora i ambasadora monarchii dziedzicznej. Wystarczająco dużo ludzi już wie, że doszło do profanacji- i łoża i tronu.

Elity amerykańskie wypracowały właśnie model wyborczy, w którym już zawsze będą wygrywać. Bez względu na wolę głosujących. Podobnie jak za pomocą korporacji i lobbystów wypaczyły i wykorzystały system kapitalistyczny do maksymalizacji własnych zysków, wywłaszczenia z majątków klasy średniej, wykorzystania funduszy państwowych do ratowania własnych biznesów (jak miało to miejsce w 2008 r.), a jednocześnie do zablokowania jakiejkolwiek możliwość uczciwej konkurencji ze strony mniejszych podmiotów, tak wypaczyły system demokratyczny, nadużywając jego zasad.

Wersja demokracji wykreowana w wyniku działań zdeprawowanego, bezkarnego establishmentu, dysponującego niewyobrażalnymi zasobami finansowymi, ludzkimi, technologicznymi i medialnymi, przekształciła się we własną karykaturę. Dziś już wiemy, że albo wróci (zostanie zawrócona) do korzeni, do swoich podstawowych zasad, do prawa, uczciwości, pełnej transparentności i na nowo umożliwi wpływ demosu na losy państw, albo musi przekształcić się w dyktaturę oligarchii, a w konsekwencji w tyranię zdemoralizowanych, zachłannych elit.

SAD

Ameryka traci twarz i pozycję hegemona

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych obnażyły wszystkie słabości systemu demokratycznego jako takiego. Pokazały nieefektywność i bezwład systemów kontrolnych mających stać na straży prawidłowego przebiegu jednego z najważniejszych aktów wyborczych XXI wieku. Udowodniły, że eksperci, media, służby specjalne i system sądowniczy nie są w stanie przeszkodzić w przeprowadzeniu operacji, zdawałoby się, niewykonalnej a kompromitującej hegemona. Niedowiarkom wykazano, że można bezkarnie dokonać bezprecedensowego fałszerstwa na oczach świata i nikt z globalnych obserwatorów nie kiwnie nawet palcem. Bo w czyim miałoby to być interesie?

Foto: Pixabay

Noc wyborcza z 3 na 4 listopada 2020 r. była nocą cudów. Wstępne wyniki dawały zwycięstwo dotychczasowemu prezydentowi, który wyraźnie wygrywał w newralgicznych stanach takich jak Floryda, Ohio, Iowa. W stanach wahających się, takich jak Pensylwania, Michigan, Wisconsin, Georgia Donald Trump miał przewagę kilkuset tysięcy głosów w każdym z nich- najmniejszą ok. 112 tys. głosów w Wisconsin, ponad 290 tys. głosów w Michigan, 365 tys. głosów w Georgii i prawie 700 tys. głosów w Pensylwanii. I nagle wstrzymano liczenie głosów w tych stanach, jednocześnie wypraszając obserwatorów republikańskich i przedstawicieli mediów. To co nastąpiło potem możemy określić magią wyborów. Lawinowo przybywało głosów na Joe Bidena w ilościach wystarczających, żeby wyprzedzić dotychczasowego lidera.

Zgodnie z oficjalnie podawanymi danymi wybory w USA wygrał Joe Biden uzyskując bezprecedensowe 81 milionów głosów! To o ponad 12 milionów więcej od rekordowych 69 milionów jakie uzyskał Barack Obama w 2008 r.

Już 4 listopada było wiadomo, że z prezydenckimi wyborami  jest coś nie tak. W powyborczą środę Donald Trump w oświadczeniu wygłoszonym z Białego Domu powiedział: „To jest oszustwo dokonane na amerykańskim społeczeństwie. To jest wstyd dla naszego kraju. Wygraliśmy te wybory.” Zaledwie 4 dni po wyborach kilka kluczowych stacji telewizyjnych, w tym Fox News ogłosiło Joe Bidena zwycięzcą wyborów 2020 r. Do działań nad wyjaśnieniem fałszerstw wraz ze sztabem prawników w imieniu prezydenta Trumpa został oddelegowany był burmistrz Nowego Jorku, znany prawnik, Rudy Giuliani. Podczas wysłuchań przed komisjami parlamentów poszczególnych stanów, co do których zachodziły poważne podejrzenia zaistnienia znaczących nieprawidłowości, zdołał przedstawić wielu zaprzysiężonych świadków, ekspertyz, potwierdzonych dokumentów. Media obiegł film z komisji wyborczej w stanie Georgia z wyjmowanymi spod przykrytego obrusem stołu walizkami pełnymi kart wyborczych, zliczanymi potem potajemnie pod nieobecność republikańskich obserwatorów i mediów.  

Lista i skala nieprawidłowość w wymienionych powyżej stanach została przedstawiona m.in. w raportach Petera Nawarro, niedawno opublikowanym 270 stronicowym raporcie prokurator Sidney Powell, w szeregu informacjach i zestawieniach zaprezentowanych przez prawników Giulianiego, czy skierowanym do Sądu Najwyższego pozwie Stanu Texas, do którego dołączyło ponad 20 innych stanów i ponad 100 amerykańskich kongresmenów. Raport dotyczący wpływu obcych państw na proces wyborczy w USA miał zostać przygotowany i przedstawiony przez Johna Ratcliffe’a dyrektora Wywiadu Narodowego, jednak publikacja tego dokumentu została przełożona na początek stycznia 2021 r.

Dla prokuratora generalnego i szefa Departamentu Sprawiedliwości Willama Barra nie były to powody wystarczające do podjęcia jakichkolwiek działań sprawdzających przez podległe mu służby, w tym FBI. Nie wszczęto śledztw, nie przejęto maszyn wyborczych, nie wiadomo co dzieje się z serwerami, które we Frankfurcie i Barcelonie miały zliczać głosy w amerykańskich wyborach. Bez audytu tych urządzeń i bez weryfikacji kart do głosowania wraz z podpisami w każdym ze stanów, w którym zachodzi podejrzenie znaczącego wyborczego fałszerstwa, na przyszłego rezydenta Białego Domu padnie nieusuwalny cień fałszywej elekcji. Legalność jego wyboru a co za tym idzie jego wiarygodność już zawsze będą poddawane w wątpliwość.

Sądy poszczególnych stanów również nie były zainteresowane zbadaniem i wyjaśnieniem bezprecedensowego fenomenu zwycięstwa Sleepy Joe Bidena. Takiego zainteresowania nie wykazał jak dotąd także Sąd Najwyższy USA.

W międzyczasie na światło dzienne wychodziły powiązania rodziny Bidenów z chińskimi politykami, przedsiębiorcami i służbami specjalnymi, afery finansowe i skandale obyczajowe Huntera Bidena, ukrywane dotąd skrzętnie przez służby specjalne i media. Politycy Partii Demokratycznej,  ale nie tylko, mieli być powiązani z chińskim biznesem i szpiegami. Głównym inwestorem w firmę będącą właścicielem maszyn wyborczych zliczających głosy w 28 stanach (wpłata 400 milionów dolarów na kilka tygodni przed wyborami) miała być Komunistyczna Partia Chin za pośrednictwem instytucji finansowych, w których mają udziały chińskie banki i spółki.

Pomimo niezwykle buńczucznych zapowiedzi wygłaszanych w odezwach do narodu i na Twitterze, prezydent Trump zdawał się nie wykorzystywać wszystkich dostępnych mu narzędzi i posiadanych prerogatyw, w celu wyjaśnienia wszelkich wyborczych nieprawidłowości. Nie ma audytów maszyn wyborczych, nie ma audytów kart do głosowania i podpisów, nie ma audytu frankfurckich i barcelońskich serwerów, nie został powołany prokurator specjalny, którego celem byłoby zebranie wszelkich dostępnych dowodów związanych z procesem wyborczym i przedstawienie ewentualnych aktów oskarżenia. Prezydentowi supermocarstwa pozostało wezwanie swoich rodaków do Waszyngtonu na 6 stycznia 2021 r. Po co? Nie wiadomo.

Jednym z haseł z którymi do wyborów szedł Donald Trump była obietnica osuszenia waszyngtońskiego bagna. Ataki i manipulacje mediów głównego nurtu, cenzura w mediach społecznościowych, bierność i strachliwość amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, indolencja służb specjalnych, wreszcie zdrada część własnego obozu politycznego łącznie okazały się przeszkodami zbyt potężnymi do pokonania. Bagno jest zbyt wielkie, żeby stawił mu skutecznie czoła nawet lider Wolnego Świata. Człowiek dysponujący najpotężniejszą armią, arsenałem nuklearnym, służbami specjalnymi, sztabem ekspertów, doradców i prawników wydawał się bezradny jak dziecko wobec bezwzględności systemu schyłkowej amerykańskiej demokracji.

„Wszyscy wiedzą, że wybory sfałszowano, jednak Trump jest zbyt słaby, żeby tego dowieść”- to echa komentarzy, jakie pojawiają się w powyborczych dyskusjach. Liczy się siła, bezwzględność, konsekwencja, nieustępliwość, nieograniczone zasoby i brak moralnych zasad. Wtedy demokracja, system prawny, procedury, uczciwość czy prawda nie mają znaczenia. To skuteczność jest miarą prawdy. Choćby i wbrew faktom.

Gdyby fałszerstwo wyborcze zostało potwierdzone sądownie, to biorąc pod uwagę jego złożoność i skalę, w Ameryce musiałoby dojść do politycznej czystki, musiałby się posypać długoletnie wyroki za udział w fałszerstwie, współpracę z obcymi państwami na szkodę USA, a być może także za zdradę stanu. W terenie i na Kapitolu musiałoby spaść wiele głów. A tak wystarczy, że spadnie jedna- głowa prezydenta Trumpa. Establishment i główne media nie będą po nim płakać.

Ameryka traci twarz, traci wiarygodność. Nie będąc w stanie obronić demokracji na własnym podwórku traci moralne prawo do globalnej dystrybucji i asekuracji systemu społeczno-politycznego, którego była światowym gwarantem. Zatwierdzając karykaturalną postać procesu wyborczego, zamiast liderem wolnego świata musi stać się jego pośmiewiskiem. Sąd już tylko krok do utraty dominacji w sferze gospodarczej i monetarnej. Po klęsce wizerunkowej nastąpi przyspieszony proces upadku dolara jako waluty rezerwowej świata i utrata pozycji hegemona. To będzie realna cena powszechnej akceptacji wyborczego fałszerstwa. Zapłacą ją również wszystkie państwa funkcjonujące w ramach liberalnych demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu. Przypieczętowanie fałszerstwa wyborczego w USA będzie przypieczętowaniem końca obydwu tych systemów- kapitalizmu i demokracji w ich dotychczasowych formach.

Dawniej mówiło się, że Chińczycy potrafią podrobić wszystko, każdy produkt. W przypadku amerykańskich wyborów przeszli samych siebie. Rękoma skorumpowanych elit, przy bezczynności służb specjalnych, poparciu BigTech i głównych mediów wyprodukowali podróbkę amerykańskiego prezydenta. To, że osoby na najwyższych stanowiskach w Waszyngtonie od 20 stycznia będą mogły funkcjonować wyłącznie na chińskiej licencji zdaje się nie przeszkadzać liderom Zachodu. Gratulacje „prezydentowi elektowi” przesłali wszyscy, wliczając papieża Franciszka.

Roma locuta, causa finita.

SAD

Trump nie może przekazać władzy Chinom

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych zostały sfałszowane- nie ma co do tego cienia wątpliwości. Ujawniane z każdym kolejnym dniem dokumenty, raporty, analizy, zeznania świadków potwierdzają, że skala i metody fałszerstw nie miały precedensu w historii USA. W operację zmiany wyników wyborczych musiały być zaangażowane setki urzędników, polityków, pracowników mediów i służb specjalnych. Zgodnie z raportem Johna Ratcliffe’a, Dyrektora Wywiadu Narodowego USA, wpływ na wybór prezydenta najpotężniejszego państwa świata miały Iran, Rosja i Chiny. Jednak to właśnie Chiny mają być głównym rozgrywającym na amerykańskiej arenie, wykorzystując zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych aktorów zastępczych.

Jeżeli dziś komukolwiek się wydaje, że wynik wyborów prezydenckich w USA został definitywnie przesądzony, nadchodzące dni mogą go zadziwić.

Foto: Pixabay

Raport Ratcliffe’a miał zostać opublikowany do 18 grudnia, stając się podstawą dla prezydenta Trumpa do podjęcia ponadstandardowych kroków na podstawie wydanego we wrześniu 2018 r. dekretu dotyczącego  nałożenia określonych sankcji w przypadku ingerencji zagranicznej w wyborach w Stanach Zjednoczonych. Z uwagi na szereg nadal prowadzonych postępowań przez poszczególne agencje, raport Dyrektora Wywiadu Narodowego ma zostać przedstawiony na początku stycznia 2021 r.

W międzyczasie został zaprezentowany 36 stronicowy raport Petera Navarro, Dyrektora  Urzędu ds. Handlu i Polityki Produkcyjnej, zatytułowany „Nieskazitelne oszustwo. Sześć kluczowych wymiarów nieprawidłowości wyborczych.” Stwierdza on, że w sześciu spornych stanach, tj. w Arizonie, Georgii, Michigan, Nevadzie, Pensylwanii i Wisconsin doszło do szeregu nieprawidłowości, które są „więcej niż wystarczające” aby zmienić wyniki głosowania na korzyść Donalda Trumpa. Jako obszary, w których nastąpiły owe nieprawidłowości raport wymienia: jawne fałszerstwa wyborcze (w 4 z 6 powyższych stanów), niewłaściwe przekazywanie kart do głosowania (w 5 z 6), błędy sporne (w 6 z 6), złamanie klauzuli równej ochrony (w 6 z 6), nieprawidłowości związane z maszynami do głosowania (w 5 z 6), znaczące anomalie statystyczne (w 5 na 6).

„Dowody wykorzystane do przeprowadzenia tej oceny obejmują ponad 50 pozwów i orzeczeń sądowych, tysiące oświadczeń pod przysięgą i oświadczeń, zeznania w różnych miejscach państwowych, opublikowane analizy przez ośrodki analityczne i ośrodki prawne, filmy i zdjęcia, komentarze publiczne oraz obszerne relacje prasowe” – mówi raport Petera Navarro.

12 grudnia odkryto, że nastąpił cyberatak na firmę SolarWinds, która obsługiwała ponad 300 tys. klientów, w tym wielu klientów rządowych oraz znaczących firm sektora prywatnego. Atak mógł dotyczyć Pentagonu, Departamentu Energetyki oraz systemów kontroli broni atomowej.

„To może być preludium do wojny”– oświadczył w wywiadzie dla telewizji Fox News Morgan Wright, były doradca rządowy, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa potwierdzając, że trwający od wielu miesięcy elektroniczny atak na instytucje, urzędy i firmy amerykańskie jest sprawą niezwykle poważną. „Na cel wzięto również podmioty dostarczające rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa”- potwierdził Morgan.

Generał Michael Flynn, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w wywiadzie dla tej samej Fox News stwierdził, że:  „Cyberatak na firmę SolarWinds jest punktem wejściowym do całej infrastruktury krytycznej Stanów Zjednoczonych (…)  To są bezpośrednie zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa narodowego. Mamy dowody na zagraniczne wpływy na przebieg wyborów takich krajów jak Chiny, Iran, Korea Północna, Rosja. To są przeciwnicy, którzy chcą zdominować nasz kraj swoją ideologią. Nie możemy dłużej popełniać samobójstwa i grać w cybernetyczne gry, jakby to były gry wideo.

O godz. 15.30 czasu wschodnioamerykańskiego w Białym Domu miało się rozpocząć spotkanie prezydenta Trumpa z szefem Departamentu Obrony Chrisem Millerem.

Z informacji, jakie podają amerykańskie media Pentagon właśnie wstrzymał przekazywanie informacji oraz dostępów do istotnych danych, odwołując spotkania z ludźmi byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Emerytowany czterogwiazdkowy generał z czasów administracji Billa Clintona, Barry R. McCaffrey informując o tym fakcie na Twitterze dodał, że „TRUMP-MILLER PRZYGOTOWUJĄ COŚ NIEDOBREGO. NIEBEZPIECZEŃSTWO.” To właśnie Chris Miller miał podjąć decyzję wstrzymującą dalszą współpracę Pentagonu z ludźmi Bidena.

Na jaw wychodzą coraz to nowe powiązania amerykańskich polityków z chińskimi biznesmenami, przedstawicielami Komunistycznej Partii Chin czy wręcz chińskimi szpiegami. Głośna stała się już sprawa kongresmena Partii Demokratycznej Eric’a Swalwell’a, który miał romans z chińską agentką wywiadu Fang Fang. To właśnie Swalwell był jednym z oskarżających Donalda Trumpa w sprawie powiązań amerykańskiego prezydenta z Rosją, którego rezultatem miał być impeachment. Tymczasem zasiadający w Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów z polecenia szefowej tej izby Nancy Pelosi (trzeciej osoby w USA), będący jej bliskim współpracownikiem Swalwell sam sypiał z wrogiem. Dosłownie.

Bliskich koalicjantów Państwa Środka nie brakuje również wśród polityków Partii Republikańskiej. Żoną szefa republikańskiej większości w Senacie, Mitch’a McConnell’a jest urodzona na Tajwanie Chinka Elaine Chao, której najbliższa rodzina- w tym jej ojciec- miała i ma silne powiązania z komunistycznymi Chinami i tamtejszymi elitami. Sistra Elaine, Angela, poza zarządzaniem rodzinnym biznesem założonym przez ojca, zasiadała również w zarządzie Bank of China, a także w zarządzie Izby Promocji Handlu Międzynarodowego, stworzonej przez chiński rząd. Małżeństwo republikańskiego senatora i chińskiej milionerki miało otrzymać od rodziny pani Chao w ramach prezentów ponad 20 milionów dolarów.

W 2019 roku 78 letni dziś McConnell miał blokować ustawy mające zapewniać bezpieczeństwo wyborów i miało się to odbywać w porozumieniu z lobbystami firmy Dominion. W dniu 15 grudnia 2020 r. lider republikańskiej większości w Senacie powiedział: „Kolegium elektorów zabrało głos. Tak więc dzisiaj chcę pogratulować prezydentowi elektowi Joe Bidenowi ”.

Jak podaje związany z kampanią Trumpa prawnik Lin Wood, firma Dominion Voting Sysems, której maszyny były wykorzystywane w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich w 28 stanach zaledwie miesiąc przed wyborami otrzymała 400 milionów dolarów za pośrednictwem szwajcarskiego banku blisko związanego z Komunistyczną Partią Chin.

W wyniku szczegółowego audytu ponad 20 maszyn Dominion w stanie Michigan stwierdzono, że oprogramowanie tych urządzeń zostało celowo zmienione aby wpływać na wyniki wyborów. Poziom błędu tych maszyn wynosił 68,5%.

W wybory prezydenckie w USA zaangażował się również szef i główny udziałowiec Facebook’a Mark Zuckerberg, inwestując ponad 500 milionów dolarów. Zaangażowanie przedstawiciela Big Tech najlepiej skomentował były Prokurator Generalny Stanu Kansas twierdząc, że:

„Wybory były transparentne ponieważ Ameryka była w pokoju, w którym przeliczane są głosy. Nie dostaliście takiej możliwości w tych wyborach, nie było was tam. Mark Zuckerberg był. Prawdą jest to, że Ameryka została wykopana z pokoju, w którym przeliczane są głosy, natomiast miliarderowi pozwolono tam wejść (…) Zuckerberg zapłacił za sędziów wyborczych, kupił skrzynie, w które wrzucane były karty do głosowania, zapłacił lokalnym przedstawicielom, którzy zasłaniali okna przed chcącymi obserwować liczenie głosów, pieniądze Zuclerberga kupiły maszyny Dominion i inne, pieniądze Zuckerberga zostały wpłacone Sekretarzom Stanu, jak Jocelyn Benson z Michigan, która walczyła z przejrzystością wyborów poprzez odmowę udostępnienia zapisów komputerowych z wyborów i próbując zakopać raporty ze szczegółowych badań tych zapisów. (…) Nie jest rolą Sekretarz Stanu zabezpieczanie interesów prywatnych firm produkujących i dystrybuujących maszyny do głosowania ale bronienie interesów  mieszkańców stanu Michigan.”

Żoną Marka Zuckerberga jest mająca chińskie korzenie Priscilla Chan.

Chińczycy, korzystając z nauk swojego skutecznego sąsiada Józefa Wissarionowicza twierdzącego, że „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” poszli kilka kroków dalej. Zadbali nie tylko o należyte przeliczenie głosów na serwerach zlokalizowanych we Frankfurcie i Barcelonie, ale też wcześniej przygotowali organizację przebiegu samych wyborów oraz powyborcze, medialno-polityczne wsparcie. Zarówno progresywne elity lokalne i światowe, część republikańskich polityków, jak i media głównego, amerykańskiego nurtu wywiązują się z zadania znakomicie.

Doskonale zdaje sobie z tego sprawę prezydent Trump i jego otoczenie. Przekazanie władzy ekipie Joe Bidena na podstawie ewidentnie sfałszowanych wyborów przy udziale obcych mocarstw byłoby ze strony głowy państwa zdradą stanu. Byłoby przekazaniem władzy nad Stanami Zjednoczonymi Komunistycznej Partii Chin. Bez walki.

Trudno uwierzyć, że politycy polscy i europejscy nie są w pełni świadomi sensu i przyszłych skutków toczących się w USA procesów. Trudno tez wyobrazić sobie, że polscy dziennikarze i publicyści tak niewiele rozumieją z tego co dzieje się tam obecnie. Nie chce się wierzyć, że chińskie macki sięgnęły aż na mazowieckie równiny czy pod bramę Kraka. Jedynymi powodami, dla których w Polsce mamy do czynienia z niedoinformowaniem czy wręcz dezinformacją na temat „amerykańskiego przekrętu” wydają się być lenistwo, ignorancja i krótkowzroczność. Zwłaszcza ze strony tych, którzy mieli być ekspertami, a których komentarze ograniczają się do listy hipotetycznych członków administracji Joe Bidena, odwiedzin Polski przez Mike Pence w styczniu 2021 r., czy histerycznego powtarzania bezwartościowego poznawczo, niewnoszącego nic do dyskusji  stwierdzenia, że „Trump przegrał!”

Z perspektywy amerykańskiego społeczeństwa wszystkie systemy bezpieczeństwa zawiodły.

Wybory w USA z demokracją miały niewiele wspólnego. Nie miały wspólnego właściwie nic. Jeśli prezydent największego mocarstwa świata, pod naciskiem lokalnych elit i obcych mocarstw, zgodzi się na wyborczy przekręt, to społeczeństwa demokracji zachodnich będą musiały zgodzić się na każdy przekręt, o dowolnej skali,  dowolnym charakterze i dowolnych konsekwencjach. Pod presją własnych skorumpowanych, szantażowanych, chciwych elit współpracujących z wrogimi państwami, społeczeństwa zachodnie będą musiały zgodzić się na wszystko.  I to oznacza nie tylko koniec liberalnej demokracji oraz wolnorynkowego kapitalizmu, lecz również początek rządowo-korporacyjnej tyranii pod dyktando elit. Na wzór chiński.

Jeśli dojdzie to zatwierdzenia chińskiej okupacji Stanów Zjednoczonych w postaci prezydenckiego zaprzysiężenia Joe Bidena 20 stycznia 2021 r. świat czeka globalny, totalitarny, chińsko-amerykański duopol, któremu nie zdoła przeciwstawić się nikt. Ameryka, podobnie jak cała reszta świata zachodniego, zostanie przekształcona w państwo totalitarne. Co oznacza, że nowy system na wzór chińskiego cyfrowego zamordyzmu będzie powszechnie obowiązującym systemem społeczno-politycznym w każdym państwie świata, do którego doprowadzono prąd.

W tej konfiguracji administrowany w imieniu Państwa Środka przez skorumpowane amerykańskie elity były hegemon stanie się jedynie junior partnerem dla rozpędzonych, nabierających wiatru w żagle Chin.

 „My dopiero rozpoczęliśmy walkę!”– 12 grudnia 2020 r. korzystając z Twittera obwieścił wszem i wobec prezydent Stanów Zjednoczonych Donald J. Trump

Czy można nie wierzyć najpotężniejszemu przywódcy Wolnego Świata? Okaże się w najbliższych kilku dniach. Czasu na uratowanie Ameryki pozostało naprawdę niewiele.

SAD

Chińska okupacja Stanów Zjednoczonych rozpoczęta!

Prezydent najpotężniejszego państwa na świecie Donald J. Trump twierdzi, że wybory prezydenckie w jego kraju zostały sfałszowane! Znany prawnik, były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani, reprezentujący Trumpa wraz zespołem adwokatów doprowadził do szeregu wysłuchań dziesiątków świadków przed komisjami parlamentarnymi stanów Michigan, Georgia, Pensylwania, Arizona, Wisconsin, potwierdzających setki nieprawidłowości zaistniałych podczas wyborów prezydenckich 3 listopada 2020 r. Według złożonych pod przysięgą zeznań setki tysięcy głosów w poszczególnych stanach zostało oddane w sposób nieprawidłowy, nielegalny lub po prostu zostało sfałszowane. Mimo to żaden amerykański sąd, zarówno na poziomie stanowym, jak i federalnym, nie znalazł wystarczających powodów do wszczęcia rozprawy. Ani jednej.

Foto: Twitter

W 2008 r. uważany za polityczne objawienie i nadzieję progresywnej Ameryki Barack Obama uzyskał niespełna 69,5 miliona głosów, co stanowiło 52,9% i absolutny rekord jeśli chodzi o liczbę pojedynczych głosów oddanych na jednego kandydata w amerykańskich wyborach prezydenckich. W 2012 r. wygrywając drugą kadencję, jako rozpoznawalny lider wolnego świata, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2009 prezydent Obama uzyskał zaledwie 65,9 miliona głosów, tj. 51.06 %.

W 2016 roku amerykański biznesmen Donald Trump startując z ramienia Partii Republikańskiej uzyskał 62,9 miliona głosów i został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. W wyborach 2020 roku uwielbiany przez konserwatywną cześć Ameryki, konsekwentnie realizujący swój program pod hasłem „Uczyńmy Amerykę znów wielką!”, na którego wiece wyborcze pomimo pandemii przychodziło po kilkadziesiąt tysięcy osób uzyskał rekordowe 74 miliony głosów i… przegrał z Joe Bidenem.

78-letni Biden w trakcie kampanii wyborczej mylił żonę z własną siostrą, wnuczkę ze zmarłym synem, czy Donalda Trumpa z Georgem W. Bushem. Na wiece wyborcze kandydata Demokratów przychodziło zwykle 10-15 osób, a mimo to uzyskał podobno ponad 81 milionów głosów! To o ponad 11 milionów głosów więcej niż porywający tłumy, mający odmienić Amerykę prezydent Obama. I świat w to uwierzył! Zaledwie kilka dni po wyborach oficjalne gratulacje prezydentowi- elektowi przesłali premierzy Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii, Japonii, Irlandii, prezydenci Korei Południowej, Turcji i Francji, czy kanclerz Niemiec. Wyborczego zwycięstwa pogratulował również papież Franciszek.

W wyborach prezydenckich 2020 drogą korespondencyjną oddano ponad 62 miliony głosów. W 2016 r. ok. 30 milionów.

Mnożą się pytania i wątpliwości dotyczące prawidłowości i uczciwości procesu wyborczego na urząd prezydenta najpotężniejszego państwa świata, lidera wolnego, demokratycznego, kapitalistycznego Zachodu. Z uwagi na rangę tych wyborów oraz przyszłe, dalekosiężne konsekwencje, każda zgłoszona nieprawidłowość powinna zostać dogłębnie zbadana i wyjaśniona, a każde pytanie powinno spotkać się z jasną i precyzyjną odpowiedzią. Mamy w końcu do czynienia z transparentnym, uczciwym, wiarygodnym systemem demokratycznym– wzorem dla całej cywilizacji zachodniej. Nieprawdaż?

Tymczasem na światło dzienne wychodzą powiązania, które mogły mieć wpływ na wynik wyborów prezydenckich 2020. Adwokat Lin Wood oświadczył, że komunistyczne Chiny zainwestowały w firmę Dominion Voting System ponad 400 milionów dolarów za pośrednictwem szwajcarskiego banku, w którym udziały mają komunistyczne Chiny. Pomimo dwukrotnego wezwania prezesa firmy Dominion John’a Poulos’a przez Izbę Reprezentantów Stanu Michigan do złożenia wyjaśnień w sprawie oprogramowania maszyn do głosowania używanych podczas wyborów prezydenckich 2020, ten unika stawienia się przed Izbą.

Na wniosek prawników zespołu Trumpa, po uzyskaniu stosownego nakazu, 6 grudnia zgodnie z postanowieniem sądu został przeprowadzony audyt 22 maszyn do głosowania firmy Dominion. Wyniki audytu były gotowe już 8 grudnia, jednak od tego dnia ich publikacja jest blokowana przez Prokurator Generalną Stanu Michigan. Pani prokurator Dana Nessel swoim postanowieniem zabroniła ujawnienia wniosków z przeprowadzonego audytu maszyn Dominion. To właśnie w tym stanie nastąpiło słynne „przeniesienie” (the glitch) 6.000 głosów z Donalda Trumpa na Joe Bidena.

Prawnik Matthew DePerno, który prowadzi sprawę dotyczącą nieprawidłowości wyborczych w stanie Michigan potwierdził, że to maszyny przenosiły głosy z Trupa na Bidena i nie był to ludzki błąd. 

Podczas wyborów prezydenckich 2020 maszyny firmy Dominion były używane w 28 stanach.

Tymczasem zgodnie z powyborczymi danymi w stanie Michigan w noc wyborczą o godzinie 4 nad ranem Joe Bidenowi przybyło nagle 138 tys. kart, co pozwoliło „zwyciężyć” kandydatowi Demokratów różnicą 154 tys. głosów. Podobny cud nad urną wydarzył się w stanie Wisconsin gdzie o godz. 3:42 nad ranem na koncie kandydata Demokratów przybyło nagle ponad 143 tys. głosów, podczas gdy prezydentowi Trumpowi zaledwie 25 tys. Jeszcze ciekawiej było w stanie Georgia, skąd pochodzą słynne filmy z walizkami głosów wyciąganymi nocą spod stołu. O godzinie 1:36, po tym jak z sali gdzie liczono głosy wyproszono wszystkich obserwatorów medialnych i przedstawicieli Republikanów Joe Biden zyskał nagle 125 tys. głosów przewagi nad Donaldem Trumpem. W Pensylwanii w noc wyborczą przy zliczonych blisko 70% głosów „Sleepy Joe” był w stanie zniwelować różnicę 700 tys. głosów.

Można by ironizować i robić sobie żarty z „amerykańskiego bałaganu” czy szkoleń Demokratów pobieranych u specjalistów z PSL’u gdyby nie chodziło o przyszłość całej zachodniej demokracji w jej obecnym kształcie.

Na początku grudnia senackie Komisje Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Finansów opublikowały raport ujawniający powiązania korupcyjne w przedsięwzięciach biznesowych syna byłego wiceprezydenta USA, Huntera Bidena. Jeszcze przed listopadowymi wyborami wybuchła afera dotycząca korespondencji mailowej, jaka miała się znajdować na laptopie pozostawionym przez Huntera w jednym ze sklepów komputerowych w Wilmington, niedaleko Filadelfii. W tych wiadomościach mają znajdować się informacje potwierdzające, że jedną z kluczowych osób kontaktowych w projekcie ‘joint venture’ z chińską spółką energetyczną, poza byłym wiceprezydentem Bidenem, miała być przyszła wiceprezydent USA Kamala Harris. Członek Izby Reprezentantów Andy Biggs w rozmowie z telewizją NewsMax oświadczył wprost, że Jeśli Joe Biden faktycznie zajmie stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, to jest wystarczający powód, by sądzić, że rodzina Bidenów jest w łóżku z Chinami. Oznacza to, ni mniej ni więcej, tylko realizację scenariusza swoistego amerykańsko-chiński sojuszu, o pisałem jeszcze w maju 2020 (Globalnym Bunt Elit. Rewolucja Pandemiczna 2020).  

Podczas jednej z debat dotyczących finansowania kampanii wyborczych w 1974 r. Joe Biden z rozbrajającą szczerością stwierdził:

Byłem gotowy pójść do ‘dużych chłopców’ (dużych firm) po pieniądze. Byłem gotów prostytuować się, w sposób o którym teraz mówię, ale oni odpowiadali mi, żeby wrócił gdy będę miał 40 lat. Dlatego musiałem iść do wielu mniejszych udziałowców.

Dziś Joe Biden ma 78 lat, jego syn Hunter skończył 50, i chyba obaj są gotowi do naprawdę dużych interesów. Na skalę międzykontynentalną.

Pomimo przeznaczenia przez Marka Zuckerberga 400 milionów dolarów na pomoc w przygotowaniu wyborów (prywatna korporacja inwestuje w proces wyborczy demokratycznego państwa), nie udało się uniknąć nieprawidłowości. To było prawdopodobnie największe w historii fałszerstwo jakiego doświadczył nasz kraj– oświadczył w wywiadzie dla jednej z telewizji internetowych generał Michael Flynn, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Trumpa . Równocześnie Facebook systematycznie ogranicza wolność słowa i cenzuruje debatę na temat wyborów w USA.

Jeszcze dalej poszli decydenci firmy Google, którzy w oficjalnym komunikacie z 9 grudnia zapowiedzieli, że administratorzy serwisu YouTube będą usuwać wszelkie treści poddające w wątpliwość prawidłowość przebiegu głosowania i wyniki wyborów prezydenckich 2020 roku.

Od 31 maja 2018 do 7 grudnia 2020 r. Twitter ocenzurował Donalda Trumpa i jego współpracowników związanych z kampanią prezydencką 436 razy, podczas gdy Joe Biden i jego współpracownicy nie zostali ocenzurowani ani razu! (za Media Research Center). Cześć wiadomości przekazywanych przez prezydenta USA była przez administratorów Twittera ukrywana, natomiast część została „oflagowana” ostrzeżeniem: To twierdzenie o oszustwach wyborczych jest kwestionowane.

Te wybory były sfałszowane. Wygrałem je! I wygrałem je z ogromną przewagą! (by a lot)– powtarza w wystąpieniach publicznych i wpisach internetowych prezydent Donald Trump. Powtarzają to za nim jego doradcy, sztabowcy i sprzymierzeńcy. 7 grudnia 2020 stan Texas składa do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych pozew przeciwko 4 stanom: Pensylwanii, Georgii, Michigan i Wisconsin, zarzucając im przeprowadzenie wyborów niezgodnie z Konstytucją. Do pozwu dołączają 22 inne stany, cały szereg organizacji pozarządowych, 126 republikańskich członków Kongresu i prezydent Donald J. Trump.

Składający się z 9 sędziów Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wyrokiem z dnia 11.12.2020 r. odrzucił wniosek stanu Texas jako bezzasadny, nie pozwalając nawet na publiczne wysłuchanie stron w najważniejszej dla amerykańskiego sytemu politycznego sprawie w historii tego kraju. Tak twierdzą wnioskodawcy. 2 sędziów nominowanych jeszcze przez prezydenta Georga W. Busha opowiedziało się za przyjęciem wniosku, 7 sędziów było przeciw. Żaden z 3 sędziów nominowanych przez prezydenta Trumpa nie uznał pozwu stanu Texas, 22 innych stanów, 126 członków Kongresu i prezydenta USA za godny rozpatrzenia.

Sąd Najwyższy naprawdę nas zawiódł. Brak mądrości, brak odwagi!– skomentował na Twitterze decyzję sędziów prezydent USA. Tweet nie został oflagowany przez administratorów serwisu.

Członek Izby Reprezentantów Partii Demokratycznej Bill Pascrell Jr wezwał przywódców Izby do wszczęcia procedury wykluczającej z Kongresu republikańskich reprezentantów „wspierających wysiłki Donald Trumpa w unieważnieniu wyników wyborów prezydenckich 2020.” Pascrell domaga się wykluczenia wszystkich kongresmenów próbujących „sprawić, żeby Donald Trump stał się niewybranym dyktatorem”.

Wynikające z prezydenckich wyborów wnioski są niezwykle proste.

Jeśli można publicznie zastraszać 120 amerykańskich senatorów, to można zastraszyć każdego.

Jeśli w mediach społecznościowych i w mediach głównego nurtu można cenzurować najpotężniejszego człowieka Świata Zachodu, to można ocenzurować każdego. Bez wyjątku. Można zamknąć usta każdemu.

Jeśli od dwóch lat prowadzone było śledztwo federalne dotyczące oszustw podatkowych, prania brudnych pieniędzy, i potencjalnej współpracy z obcymi państwami przeciwko najbliższym członkom rodziny jednego z kandydatów na prezydenta USA, a tamtejsze służby (FBI, CIA DOJ) oraz media, wiedząc o całej sprawie, nie poinformowały o niej amerykańskiego społeczeństwa, to znaczy, że mamy do czynienia z końcem służb służących społeczeństwom i mediów w ich pierwotnej roli.

Jeśli można sfałszować wybory w USA to oznacza, że wybory można sfałszować wszędzie.

Jeżeli w kolebce demokracji dochodzi do największego w historii tego kraju oszustwa wyborczego z udziałem obcego mocarstwa (finansowym, logistycznym, technologicznym, personalnym), przy aktywnym udziale wysokiej rangi urzędników i polityków tego kraju, oraz przedstawicieli wszystkich mediów głównego nurtu, to znaczy, że mamy do czynienia z końcem demokracji Świata Zachodu.

Amerykańskie elity, którym wydawało się, że przez kilka dziesięcioleci- od początku lat ’70- za pomocą transferu kapitału, technologii, miejsc pracy i „wartości demokratycznych” zdołają wytresować liczącego sobie 6 tysięcy lat chińskiego smoka, sprowadziły na swój kraj nieodwracalną katastrofę, której wszyscy jesteśmy naocznymi świadkami.

Chiny właśnie wygrały pierwszą wojnę pandemiczną z USA! Drugiej już nie będzie.

W dniu 20 stycznia 2020 roku chińska okupacja Stanów Zjednoczonych zostanie oficjalnie zainicjowana. Zgodnie z zasadami demokracji, ma się rozumieć.

SAD